Wypadki chodzą po… dziełach sztuki!

paolo porpora

Pożar, kradzież, zaginięcie, umyślne uszkodzenia… Dzieła sztuki narażone są na szereg różnorodnych niebezpieczeństw. Zdarza się, że przytrafiające się incydenty przekraczają niekiedy najśmielsze wyobrażenia agentów ubezpieczeniowych i potrafią przechytrzyć uważnych kustoszy. Stosunkowo niedawno pewien młody człowiek był sprawcą, jak i uczestnikiem głośnego upadku – zapewne najkosztowniejszego w swoim życiu – na obraz pędzla siedemnastowiecznego włoskiego mistrza Paolo Porpory. Dzieło zdołano odrestaurować, jednak zdarzają się sytuacje w wyniku których eksponat zostaje bezpowrotnie zniszczony. Historia sztuki obfituje w potknięcia, dźgnięcia i destrukcje, których ofiarą padały nawet najsłynniejsze dzieła. Na szczęście, w większości przypadków dochodziło do odwracalnych uszkodzeń, a same zdarzenia funkcjonują dziś w obiegu już tylko jako zabawne anegdoty.

Pojęcie „przypadkowego zniszczenia dzieła sztuki” doczekało się własnego opracowania w zasobach anglojęzycznej Wikipedii, co świadczy o powszechności tego zjawiska. Internetowe źródło wiedzy dzieli wypadki z udziałem dzieł sztuki na związane z transportem, wynikające z błędu ludzkiego, zaniedbania lub nadgorliwości oraz spowodowane przez ogień. Praca może ulec zniszczeniu również w akcie manifestu, jak miało to miejsce w przypadku Maximo Caminero, który roztrzaskując kosztowną wazę oddał w ten sposób hołd artystom, których dzieła nigdy nie były prezentowane w muzeach. Sposobów jak widać jest wiele, jednak niezależnie od ich rodzaju efekt niezmiennie zagraża kulturowemu dziedzictwu.

Im większy autorytet twórcy, tym boleśniejsze stają się konsekwencje wypadku. Nabyty prawdopodobnie za sumę 60 milionów dolarów obraz „Sen” pędzla Picassa doznał uszczerbku za sprawą jego właściciela. Steven Wynn wszedł w posiadanie dzieła w 2001 r., a po upływie kilku lat zdecydował się sprzedać je swojemu przyjacielowi, Stevenowi Cohenowi. „Sen” miał stać się najdroższym obrazem w historii, jego prognozowana cena osiągnęła bowiem kwotę 139 milionów dolarów. Przełomowa transakcja doszłaby do skutku gdyby nie łokieć Wynna, który przypadkiem przedziurawił płótno podczas jego prezentacji w gronie przyjaciół. Niefortunny wypadek doprowadził wówczas do unieważnienia przyszłej transakcji, w wyniku czego obraz przez siedem kolejnych lat pozostawał w kolekcji Stevena Wynna. Ostatecznie „Sen” trafił jednak w ręce Cohena, który zdecydował się nabyć go w 2013 r. za sumę 155 milionów dolarów, ustanawiając tym samym nowy rekord sprzedażowy. Restauracji dzieła dokonano z zadziwiającą dokładnością, dzięki czemu nowy nabywca stał się właścicielem pozornie nienaruszonego płótna hiszpańskiego mistrza.

Pablo Picasso, "Sen", 1932 r. - obraz przedziurawiony łokciem przez właściciela.
Pablo Picasso, „Sen”, 1932 r. – obraz przedziurawiony łokciem przez właściciela.

Niekwestionowanym rewolucjonistą w świecie sztuki współczesnej jest Marcel Duchamp, który po raz pierwszy w historii wprowadził do przestrzeni muzealnej pisuar. Mało kto wie jednak, że obecnie w muzeum możemy podziwiać zaledwie kopię oryginału. Dzieło, niezmiennie prowokujące, jest obiektem zachęcającym do wykorzystania go w sposób praktyczny, co też pewnego razu uczynił Kendell Geers. W 1993 r. wykonał performance polegający na oddaniu moczu prosto do słynnego eksponatu. W tym samym roku dokonał tego także muzyk Brian Eno, natomiast sześć lat później potrzebę fizjologiczną w „Fontannie” zaspokoił Bjorn Kjelltoft. Pisuar Duchampa znalazł się również w centrum działań innego artysty, Pierre’a Pinoncelliego. Francuski performer kilkukrotnie wchodził w interakcję z dziełem Duchampa, początkowo oddając do niego mocz, a kilkanaście lat później atakując go młotkiem. Zdaniem Yuana Chai, artysty, którego uryna również znalazła się w „Fontannie” w 2000 r., dzieło zachęca do tego rodzaju działań. Jako artysta (ale w takim samym stopniu również jako odbiorca) – odnosząc się do słów samego Marcela Duchampa – ma on prawo wchodzić w dialog z eksponatem. To on bowiem ustanawia, czym jest sztuka.

Marcel Duchamp, "Fontanna", 1917.
Marcel Duchamp, „Fontanna”, 1917.

„Fontanna” nie była jedynym dziełem w historii, które zostało zaatakowane przy pomocy młotka. Podobny los spotkał słynną „Pietę” dłuta Michała Anioła. Zdarzenie, którego inicjatorem był geolog Laszlo Toth, jest bodaj najbardziej wstrząsające ze wszystkich znanych aktów wandalizmu. Toth, zmagający się z zaburzeniami psychicznymi, rzucił się na rzeźbę wykrzykując przy tym, że to on jest Chrystusem powstałym z martwych. W wyniku kilkudziesięciu uderzeń dzieło doznało poważnych uszkodzeń. Precyzyjna restauracja rzeźby pozwoliła na odtworzenie m.in. utraconego ramienia i zniszczonej twarzy Marii. Przywrócenie „Piety” do jej pierwotnego stanu było możliwe dzięki doskonałej kopii znajdującej się w kościele Matki Boskiej Bolesnej w Poznaniu. W konsekwencji ataku rzeźbę Michała Anioła chroni dziś pancerna szyba, a Laszlo Totha skierowano do zakładu psychiatrycznego.

21.05.1972 r., Laszlo Toth jest odciągany przez strażników od Piety, którą przed chwilą zaatakował młotkiem. Foto: Wikimedia Commons.
21.05.1972 r., Laszlo Toth jest odciągany przez strażników od Piety, którą przed chwilą zaatakował młotkiem. Foto: Wikimedia Commons.

Jednym z dzieł szczególne często wystawianych na ataki jest „Nocna straż” Rembrandta. Obraz aż trzykrotnie padł ofiarą wandalizmu. Pierwszy incydent miał miejsce w 1911 r., lecz okoliczności wydarzenia nie zostały potwierdzone przez historyków. Jego sprawcą był ponoć kucharz okrętowy, którego frustrację wywołało zwolnienie z pracy. Upust swoim emocjom dał w Rijksmuseum, atakując płótno nożem. Swoje postępowanie potraktował jako zemstę wymierzoną w kraj, który pozbawił go źródła utrzymania. Kolejny atak, tym razem udokumentowany, wydarzył się w roku 1975. Obraz Rembrandta został ponownie rozdarty przy pomocy noża, a odpowiedzialność za zniszczenia ponosi nauczyciel – również bezrobotny. Dwukrotnie naprawiane dzieło wymagało interwencji także w 1990 r., kiedy to uciekinier z zakładu psychiatrycznego rozprowadził po jego powierzchni kwas siarkowy. Całkowitej dewastacji zapobiegła ochrona, w efekcie czego uszkodzona została jedynie powłoka werniksu, a dzieło ponownie odrestaurowano.

"Straż nocna" Rembrandta po ataku nożem w 1975 r.
„Straż nocna” Rembrandta po ataku nożem w 1975 r.

Renowacja ma na celu przywrócenie obiektowi jego utraconej świetności. Zdarza się jednak, że efekty prac konserwatorskich przynoszą nader zaskakujące efekty. Przed trzema laty pewna samowolna restauracja fresku z wizerunkiem Jezusa podbiła internet. Autorką zamieszania była osiemdziesięcioletnia Cecilia Giménez, hiszpańska emerytka. Tragizm sytuacji zasadzał się na dobrych chęciach restauratorki-amatorki, ponieważ celem Cecilii było uratowanie niszczejącego „Ecce Homo”. Odnowienie ponad stuletniego dzieła okazało się jednak zadaniem przerastającym zdolności kobiety, która w efekcie nadała Jezusowi całkowicie nowe, zniekształcone oblicze zwane przez złośliwych „Ecce Mono” (łac. „oto małpa”), jeżem lub „Ziemniaczanym Jezusem”. Cecilia Gimenez przyznała, że podjętych przez nią działań nie można zaliczyć do udanych. Jednak najgorsza renowacja w historii niespodziewanie okazała się marketingowym strzałem w dziesiątkę, przyczyniając się do zwiększenia popularności sanktuarium, w którym znajdował się fresk. Na odwiedzających nałożono opłatę za wstęp, co przyniosło zysk sięgający 2000 euro tygodniowo. Z tych korzyści finansowych czerpać chciała także sama autorka, która w odpowiedzi na wprowadzoną odpłatność poczęła domagać się wynagrodzenia z tytułu praw autorskich z zamiarem przekazania funduszy na cele charytatywne. Tymczasem fresk stał się lokalną atrakcją turystyczną i ostatecznie zagościł na koszulkach i kubkach.

Elias Garcia Martinez, "Ecce Homo". XIX w. Foto: AFP/Getty.
Elias Garcia Martinez, „Ecce Homo”. XIX w. Foto: AFP/Getty.

Zniszczenie dzieła sztuki każdorazowo niesie ze sobą nieoszacowaną stratę w kontekście dziedzictwa kulturowego. Historia obfituje zarówno w przypadkowe zniszczenia, akty agresji, jak i w swoiste dialogi z artystyczną spuścizną, za które odpowiedzialni są współcześni performerzy. Niezależnie od intencji i okoliczności, wszystkie interakcje odnoszą się do eksponatów o ogromnej wartości historycznej. Nic zatem dziwnego, że pracownicy Luwru chronią „Mona Lisę” w tak uciążliwy dla zwiedzających sposób, a wspomnianą wcześniej „Pietę” odgrodzono pancerną barierą. Jak pokazuje doświadczenie – ostrożności nigdy za wiele.

Aneta Lehmann