Złoto Banku Polskiego

Czy złoto można przewieźć cysterną przez morze ? Co złoto robiło na pustyni w Afryce ? Jaki związek ze złotem miał profesor konserwatorium muzycznego oraz dyrektor firmy produkującej fortepiany ? Jakie pismo na trzy dni przed śmiercią podpisał Mistrz Ignacy Paderewski ?

Na te pytania i wiele innych otrzymasz odpowiedź oraz przeczytasz o niewiarygodnych przygodach polskiego złota stanowiącego rezerwy Banku Polskiego, które w czasie II wojny światowej były ratowane, by nie wpadły w ręce Niemców. Takiego scenariusza nie wymyśliłby chyba sam mistrz suspensu Alfred Hitchcock. Zapraszamy do lektury archiwalnych artykułów „Od denara do złotówki” zamieszczonych w latach siedemdziesiątych w gazecie WTK Tygodnik Kulturalny.

 

SPALONE MILIONY

W krytycznej sytuacji wojskowej państwa, we wrześniu 1939 r., postanowiono zapasy gotówki i złoto zdeponowane w skarbcu Banku Polskiego skierować do Śniatynia. W decyzji tej mieściła się niczym nieuzasadniona nadzieja na jakiś nagły zwrot w przebiegu wojny i możliwość powrotu walorów do Warszawy. W kilka dni później nadzieje te stracono.

Dzięki pomocy wojska udało się nawiązać kontakt z Brześciem, Zamościem i Siedlcami. Do Śniatynia skierowano również część skarbca, zdeponowaną w Lublinie oraz transport warszawski, a Fr. Czernichowski miał tam przybyć z Dubna. Adam Koc, jako wiceminister skarbu, wyznaczył sztab całości transportu, na czele którego postawił znanych luminarzy sanacji, pułkowników : Ignacego Matuszewskiego i Henryka Floyar-Rejchmana; przedstawicielem Banku Polskiego w tym sztabie był główny skarbnik Banku Polskiego S. Orczykowski.

Jako pierwszy dotarł do Śniatynia specjalny pociąg z Brześcia; wkrótce po nim nadszedł także pociąg z Zamościa, a nieco później stawiły się kolumny samochodowe. W Śniatyniu uformowano skład wagonów, mający wywieźć polskie złoto do Rumunii. Trzeba było pospiesznie przenieść do niego cały bagaż, przywieziony samochodami. Było tego kilkaset skrzyń o łącznej wadze ponad 20 ton. Przeładunku dokonali pracownicy bankowi i konwojenci przy pomocy żołnierzy i kolejarzy. Nikt z przeładowujących, oprócz pracowników bankowych, nie został poinformowany, co mieści się w ciężkich, solidnie zbudowanych skrzyniach. Około godz. 1 w nocy wszystko było gotowe i pociąg ze skarbcem opuścił małą śniatyńską stacyjkę.

Był dzień 14 września.

W Śniatyniu, zaraz po przyjeździe, kierownik transportu z Dubna, zameldował swemu zwierzchnictwu, że nie doprowadził tu całego zapasu złota. Okazało się, że kiedy pociąg zatrzymał się w Dubnie, gdzie przebywało wówczas najwyższe dowództwo wojskowe z Rydzem-Śmigłym na czele, na zarządzenie władz wojskowych doszło do wyładowania z brzeskiego pociągu części złota. Na część tę złożyło się 70 skrzynek o wartości 22 mln zł. Przed odjazdem nadeszła też do Śniatynia informacja, nadesłana przez polskiego ambasadora w Bukareszcie, Wł. Raczyńskiego, o tym, że rząd Rumunii wyraził oficjalną zgodę na przewiezienie skarbca przez ten kraj do Francji. Rumunia nalegała, żeby przejazd przez jej terytorium trwał możliwie najkrócej i dla przyspieszenia przejazdu zobowiązała się udzielić pomocy technicznej na szlaku prowadzącym od polskiej granicy do Konstancy. Ostrożność Rumunów i ich nalegania na szybki przerzut były uzasadnione. Już w najbliższym czasie ambasador niemiecki w Bukareszcie wyraził wobec rumuńskiego ministra spraw zagranicznych protest rządu hitlerowskiego, zdaniem którego Rumunia, godząc się na przerzucenie złota, dopuściła się naruszenia swojej neutralności. Rząd Rumunii w obawie przed wdaniem się w konflikt z Trzecią Rzeszą następnego dnia podjął uchwałę, w myśl której „wobec sytuacji na obszarach sąsiadujących z Bukowiną” wydano szereg zarządzeń wykonawczych, mających „zabezpieczyć granicę rumuńską i ułatwić dochowanie zasad neutralności”. Uchwała dotknęła tę część skarbca, którą w Dubnie władze wojskowe wyłączyły z brzeskiego transportu. Skrzynki te, po licznych tarapatach, znalazły się wreszcie za polsko-rumuńską granicą, ale zostały niezwłocznie zakwestionowane, nie przekazano ich przedstawicielom Banku Polskiego i nie zezwolono na dalszą ich ewakuację. Przeleżały one w Banku Rumunii do 1947 r., będąc niejednokrotnie narażone na zajęcie przez Niemców. Skrzynek było 70, a łączna ilość ukrytego w nich złota wynosiła 4 tony.

Ostatnim przed opuszczeniem kraju miejscem postoju szczątkowych centralnych urzędów państwa polskiego był Krzemieniec. Znalazło się tu m. In. Zdekompletowane Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a także ci z akredytowanych w Polsce członków korpusu dyplomatycznego, którzy postanowili do ostatka wytrwać na swoich placówkach. Wśród nich był ambasador francuski L. Noel. Obecność jego w Krzemieńcu wykorzystano do nawiązania negocjacji z Paryżem w sprawie transportu złota. Za jego pośrednictwem zaproponowano Paryżowi, by polski skarbiec przez Morze Czarne i Śródziemne do któregoś z francuskich portów przewiozły okręty francuskiej marynarki wojennej. Podobne zabiegi podjęto również za pośrednictwem angielskiego przedstawicielstwa dyplomatycznego. Dyplomaci działali, ale problem wciąż nie był rozwiązany i ogromnie niepokoił ekipę konwojującą.

Chociaż Rumuni wykazali daleko posuniętą ostrożność w sprawie złota, nie odmówili zezwolenia na otwarcie w Bukareszcie Ekspozytury Banku Polskiego. Pierwszą jej czynnością było sprawdzenie i zarejestrowanie walorów bankowych, przywiezionych do Bukaresztu. Dla jasności dodajmy : poza złotem, które skierowano bezpośrednio do Konstancy, walory te dowożono do Bukaresztu w rozmaity sposób i w różnych terminach, a po odebraniu ostatniej ich partii przystąpiono do obliczeń. Uzbierało się tego niemało – 5 skrzyń i 70 worków weksli, 26 skrzyń i 113 worków z papierami wartościowymi, będącymi własnością Banku Polskiego i depozytem bankowych klientów, 9 skrzyń i 25 worków akt i dokumentów, 393 skrzynie i 304 worki z głównym zapasem banknotów warszawskiego Skarbca Emisyjnego. Wszystko to zajęło znaczną część powierzchni w pomieszczeniu skarbca Banku Rumunii, a po podliczeniu banknotów komisyjnie sprawdzono, że składają się one na łączną sumę prawie 1,5 biliona zł. Była to kwota bardzo wysoka, a ilość banknotów zbyt wielka, by nie sprawiała trudności przy dalszej ewakuacji. Przewożenie całej tej kwoty było też raczej niewskazane z uwagi na sytuację w Europie. Postanowiono zatem część banknotów zniszczyć przez spalenie. W ciągu miesiąca spalono ich na kwotę 670,3 mln zł. Wtedy najprawdopodobniej zniszczono banknoty nie dopuszczone poprzednio do obiegu, a tak dziś poszukiwane prze kolekcjonerów.

ZBIERACZ

 

KŁOPOTLIWI PRZYBYSZE

W poprzednim numerze WTK pisaliśmy w jakich okolicznościach, wśród spalonych na ogólną kwotę 670,3 mln zł banknotów polskich, uległy w 1939 r. zniszczeniu nie dopuszczone do obiegu banknoty o nominale 10, 20, 50, 1000 i 5000 zł, będące dzisiaj wielką rzadkością kolekcjonerską. Na tym mieliśmy skończyć relację o wojennych perypetiach skarbca Banku Polskiego. W międzyczasie otrzymaliśmy liczne listy naszych Czytelników, postulujących przedstawienie dalszych losów tego skarbca. Wychodzą oni ze słusznego założenia, że walory kruszcowe, jako podstawa ówczesnego systemu emisyjnego, wchodzą w zakres zainteresowań numizmatycznych. Relacjonujemy więc dzisiaj okres przebywania skarbca na terenie królewskiej Rumunii, z którą przedwojenna Polska zawarła pakt o przyjaźni.

– – – – – –

W Rumunii pospiesznie utworzono bukareszteńską ekspozyturę Banku Polskiego. Atmosfera, w jakiej pracowała bukareszteńska ekspozytura, nie należała do przyjemnych. Ekspozytura z natury rzeczy miała nieustanną styczność z Bankiem Rumunii, korzystała z jego biurowca, jego magazynów i jego pomocy w załatwianiu nieomal każdej sprawy. Gubernator Banku Rumunii, Constantinescu, początkowo pozorował życzliwość, po kilku dniach jednak stawał się coraz bardziej oschły i wymigiwał się od załatwienia nawet najbardziej istotnych próśb kierownictwa polskiej placówki. Wystarczy wskazać choćby na takie fakty, jak zasłanianie się rzekomymi trudnościami w zorganizowaniu telefonicznej łączności między ekspozyturą a Bankiem Francuskim i Bankiem Brytyjskim, gmatwano sprawę wypłacania uchodźcom polskim zasiłków w walucie rumuńskiej, a wywóz walorów do Francji natrafiał na nieustanne opory władz rumuńskich. Pertraktacje w tej sprawie ciągnęły się około pięciu miesięcy. Wreszcie u schyłku lutego 1940 r. Bukareszt wyraził zgodę na ewakuację ekspozytury do Francji. Część walorów miano skierować koleją, resztę zaś przewieźć morzem przez Pireus do Marsylii. Kierownikami tej operacji wyznaczono Henryka Mikołajczyka oraz Fr. Szulwica, sprawującego w ostatnim okresie kierownictwo bukareszteńskiej placówki bankowej. Walorom polskim przydzielono miejsce w filii Banku Francuskiego w Nevers.

Starania o przewiezienie złota z Konstancy do Francji jakąś jednostką francuskiej marynarki wojennej nie doprowadziły do żadnego rezultatu, a czas naglił. Rumuni molestowali, by złoto czym prędzej opuściło ich kraj. Zaczęto więc rozglądać się za jakimkolwiek innym wyjściem. Konstanca zawsze była mało ruchliwym i źle urządzonym portem, wojna jeszcze bardziej osłabiła ruch statków, przebywały tu niewielkie statki kilku bander, które w ogóle nie wchodziły w rachubę. W końcu, na polecenie swoich władz, konsul brytyjski, rezydujący w Konstancy, wypatrzył starą, wypracowaną, pływającą cysternę „Eocene”, która miała pobrać rumuńską naftę dla jakiejś angielskiej firmy i w oparciu o prawa stanu wojennego dokonał jaj rekwizycji. Załoga „Eocene”, poza oficerami narodowości angielskiej, składała się z Rumunów. O świcie 15 września przybył do Konstancy pociąg wiozący ze Śniatynia polskie złoto, ułożone w 1208 skrzynkach o wadze 70 kg każda. W sumie, do portu przybyło 80 ton polskiego złota.

Angielska cysterna absolutnie nie była przystosowana do zabrania takiego ładunku, brakowało jej podstawowych urządzeń przeładunkowych, dźwigów, transporterów, mechanizmów ułatwiających przeniesienie bagażu z rampy kolejowej na pokład. Statek był przeznaczony do przewozu ładunków ciekłych, więc również jego dolne pomieszczenia nie nadawały się do wypełniania ich skrzyniami. Zapowiadały się długie manipulacje załadunkowe, które za wszelką cenę trzeba było wykonać możliwie najszybciej. Wywiad hitlerowski działał w Rumunii swobodnie, mógł wywęszyć spedycję, a niemieckie okręty wojenne nie miałyby najmniejszej trudności z zastawieniem na „Eocene” potrzasku na morzu. Do Konstancy przybyli pracownicy polskiej ambasady w Bukareszcie, za solidną opłatą wynajęto dokerów i w ten sposób w ciągu nocy udało się przenieść złoto z wagonów na statek. Wszyscy, zwłaszcza Polacy, napracowali się przy tym uczciwie, dźwigając na ramionach skrzynki po prowizorycznie zainstalowanych pomostach.

Gdy „Eocene” miała podnieść kotwicę, nastąpiła przykra niespodzianka – rumuńska załoga, która zorientowała się, że statek zabiera jakiś niecodzienny ładunek, przestraszyła się ryzyka i zeszła z pokładu oświadczając stanowczo, że na morze nie wypłynie. Trzeba było na gwałt znaleźć jej zastępstwo. Z wielkim trudem udało się wreszcie dokonać tego kapitanowi „Eocene”. Przed opuszczeniem Konstancy kapitan przeprowadził telefoniczną rozmowę z ambasadą brytyjską w Bukareszcie, a po tej rozmowie był wielce zdenerwowany. Ambasada bowiem ostrzegała go, że Niemcy w nocie do rządu rumuńskiego zakomunikowali, iż polskie złoto uważają za materiał wojenny, a wobec tego należy się spodziewać na morzu ataku Luftwaffe na „Eocene”. Informacja miała dla kapitana niebagatelne znaczenie, ale brytyjski marynarz nie cofnął się w obliczu niebezpieczeństwa i przystąpił do wykonywania powierzonej mu misji. Dał rozkaz opuszczenia portu.

Na statku znajdowało się mienie oszacowane na 350 milionów złotych, dwudziestu pracowników Banku Polskiego z głównym skarbnikiem S. Orczykowskim a ponadto pułkownicy Matuszewski i Floyar-Rejchman. Statek skierował się do Turcji z zamiarem zawinięcia do Konstantynopola. Wisiała nad nim groźba ataku z powietrza lub natknięcie się na minę wodną, z drugiej zaś strony pod znakiem zapytania stała kwestia, jakie stanowisko wobec niego zajmą władze tureckie. Przybycie statku nie było awizowane władzom tureckim.

ZBIERACZ

 

NA TURECKIM ETAPIE

We wrześniu 1939 r. skarbiec Banku polskiego ze wszystkimi walorami kruszcowymi, złotem i srebrem a także z częścią niezniszczonych polskich banknotów i bilonu po ewakuacyjnych perypetiach znalazł się w Bukareszcie. Z powodu niechętnego stanowiska królewskich władz rumuńskich obawiających się represji Berlina, postanowiło ewakuować skarbiec dalej, do Turcji; ale o decyzji tej nie powiadomiono władz tureckich. Zapowiadało to komplikacje natury formalnej, ale było posunięciem rozsądnym. Turcja już wtedy przeobraziła się w siedlisko wywiadów obu walczących stron, wywiad niemiecki posiadał tu wyjątkowo sprawną siatkę i niewątpliwie bacznie obserwował ruch w porcie Bosforu, liczono się więc z trudną do przewidzenia reakcją polityczną. Mogły też wyniknąć komplikacje w obrębie prawa celnego, bo przecież na statku-cysternie „Eocene”, którym wieziono skarbiec, znajdowało się olbrzymie bogactwo, a Turcy mogli zażądać wniesienia opłat celnych.

16 września udało się cysternie osiągnąć Bosfor. Wszyscy odetchnęli. Kapitan kazał umieścić na „Eocene” oznakowania kodowe, że jego statek znajduje się w tranzycie przez terytorium tureckie. Był to manewr uwalniający statek od sprawdzania jago ładunku przez administrację portową.

Przy wieszaniu kodu tranzytowego nikt prócz kapitana nie miał prawa schodzić ze statku, a przecież kierownictwo konwoju musiało nawiązać kontakt z placówkami dyplomatycznymi Polski, Francji i Wielkiej Brytanii, działającymi w Ankarze. Trzeba było znaleźć jakieś rozwiązanie.

Natychmiast po wejściu statku na wody Bosforu od tureckiego nabrzeża oderwała się motorówka i przypłynęła do „Eocene”. Jak się okazało, na motorówce znajdowali się dwaj konsulowie – polski i brytyjski, którzy czekali tu na Przybycie angielskiej cysterny. Nikomu z nich nie pozwolono wejść na pokład „Eocene”, ani nie zgodzono się, by ktoś z kierownictwa zszedł do motorówki. Musiano więc krzyczeć z góry do dołu i z dołu do góry. Z ramienia kierownictwa konwoju rozmowę z konsulami prowadził I. Matuszewski. Zaskoczeniem dla wszystkich była sugestia konsulów, by złoto wyładować i oddaje na przechowanie do tureckiego Banku Otomańskiego. Kierownictwo konwoju, odpowiedzialne za złoto, stanowczo odrzuciło ten pomysł. Jego postulaty sformułował I. Matuszewski i przedstawił je konsulowi, by ten przedstawił je ambasadorowi polskiemu w Turcji, Sokolnickiemu. Motorówka odjechała a „Eocene” oczekiwał dalszych dyspozycji.

Czas uciekał, a żadne instrukcje nie nadchodziły. Członkowie konwoju włączyli radio. Komunikaty wszystkich stacji nadawczych podawały to samo – sytuacja walczącej Polski była już całkowicie beznadziejna. Po południu następnego dnia, radio podało nową niekorzystną wiadomość – turecki minister spraw zagranicznych udał się do Moskwy na polityczne konsultacje. Jego nieobecność w Ankarze mogła poważnie skomplikować poczynania ambasadora Sokolnickiego.

Sokolnicki istotnie miał niełatwy orzech do zgryzienia. Odbywał on rozmowy z przedstawicielami rządu tureckiego oraz z ambasadorami angielskim i francuskim; proponowano szereg wariantów zdeponowania złota. Sokolnicki obstawał przy tym, by złoto skierować w dalszą drogę na francuskim lub angielskim okręcie wojennym. Turcy wszakże, z obawy przed Niemcami, pod żadnym pozorem nie godzili się na przybycie jednostek wojennych któregokolwiek z tych państw. Przydzielenie „Eocene” ochrony, złożonej z okrętów tureckich, nie wchodziło w grę, gdyż taka ochrona równałaby się jawnemu odejściu Turcji od neutralności, której Turcy bacznie przestrzegali. Ostatecznie uzgodniono, że najlepiej będzie wyładować złoto z cysterny i koleją wysłać je stąd do Bejrutu. Ambasada francuska usilnie to rozwiązanie forsowała, dając przy tym dość mgliste obietnice, że z Bejrutu do Francji złoto zostanie przewiezione drogą morską przez francuską marynarkę wojenną.

Sokolnicki przystał na francuską propozycję, a „Eocene” przekazano polecenie podpłynięcia do azjatyckiego nabrzeża Bosforu. Kolejarzom tureckim w tym samym czasie polecono podstawić specjalny pociąg do położonej na azjatyckim nabrzeżu stacji kolejowej Hajdar-Pasza. „Eocene” zarządzenie wykonał – dopłynął do wskazanego miejsca. Rozpoczęły się kolejne przenosiny skrzyń ze złotem, tym razem z angielskiego statku na turecki pociąg. Trzeba przyznać, że kolej turecka zachowała się kurtuazyjnie. W skład pociągu przeznaczonego dla Polaków wchodziło 9 wagonów towarowych, dwa wagony sypialne plus wagon restauracyjny. Ale nie było to bez kozery …

Z Hajdaru wyruszono w kierunku Ankary. W Ankarze kurtuazja turecka znacznie straciła na blasku. Do kierownictwa konwoju przybyli wyżsi urzędnicy ministerstwa komunikacji i ultymatywnie upomnieli się o zapłatę za korzystanie z pociągu. Zapłata miała być uregulowana niezwłocznie, z góry za całą trasę, to jest od Hajdaru przez Ankarę do granicy syryjskiej. Urzędnicy twardo oświadczyli, że jeżeli rachunek nie będzie uregulowany, zablokują przekroczenie bagażu i konwoju przez granicę.

ZBIERACZ

 

TAJEMNICZY ROZKAZ

Podczas gdy cały skarbiec Banku Polskiego znajdował się we Francji – kierownictwo banku rozważało możliwości zabezpieczenia walorów przed wszelkiego rodzaju zagrożeniami. Nie chodziło wyłącznie o groźbę przechwycenia ich przez hitlerowców – wyłoniły się inne, poważne niebezpieczeństwa, których nie wolno było bagatelizować. Między innymi polskiemu mieniu groziło zajęcie przez niezaspokojonych wierzycieli oraz włączenie polskiego złota do międzyalianckiego, ogólnego rozliczania kosztów prowadzenia wojny. Gdyby do tego doszło, zapas złota pomniejszyłby się kolosalnie. Przewidując takie ewentualności, projektowano pozostawienie we Francji tylko części złota i wyekspediowanie reszty do Wielkiej Brytanii i USA. Program ten przedłożono rządowi emigracyjnemu, by uzyskał od rządu francuskiego akceptację jego realizacji; jednak rząd nie poruszył tej sprawy z władzami francuskimi.

Niezależnie od tego bank przystąpił do technicznego przygotowania wywozu złota.

W dniu 9 kwietnia Niemcy zaatakowali Norwegię, 10 maja hitlerowska machina wojenna zwaliła się na Holandię i Belgię, pękł front francuski. Anglicy uciekli z Dunkierki. Zwrócono się wtedy do rządu francuskiego w sprawie ewakuowania złota.

Ostateczna odpowiedź rządu francuskiego na propozycję wywiezienia złota z Francji, której wreszcie udzielono, była zaskakująca. Rząd ten wyraził opinię, iż najzupełniej uzasadniony i konieczny jest udział Polski w kosztach prowadzenia wojny, natomiast pomysł ewakuacji złota ocenia jako przejaw chęci uchylenia się od tego udziału, a więc złoto powinno pozostać we Francji, w ograniczonym władaniu Banku Polskiego, jako mienie zdeponowane w Banku Francuskim, aż do ustalenia zasad ostatecznego rozliczenia kosztów wojny i ich wykonania po zakończeniu wojny.

W wyniku polskich nacisków, 30 maja doszło wreszcie do konsultacji z francuskim ministrem finansów Lamoureux i gubernatorem Banque de France, Fournierem. Lamoureux nie kwestionował już oczywiście, że ewakuowanie złota jest potrzebne, ale zgodę swoją obwarował dwoma podstawowymi warunkami – po pierwsze będzie ono służyć pokrywaniu kosztów wojennych, po drugie, zostanie wywiezione do obszaru objętego pełną kontrolą Francji i pozostanie tam tak długo, jak długo pozostawać tam będzie złoto francuskie. Podkreślił przy tym, że Polacy zbyt czarno widzą wojenną sytuację francuskiej republiki.

Po powziętych decyzjach, do skarbu w Nevers oddelegowano przedwojennego dyrektora stołecznego oddziału banku, S. Michalskiego, by wspólnie ze skarbnikiem S. Orczykowskim zatroszczył się o utrzymywanie 1208 skrzynek złota w pogotowiu do ewakuacji. 31 maja w Nevers otrzymano zarządzenie, by polskie złoto zostało przewiezione do oddziału Banku Francuskiego w centralnym ośrodku departamentu Charente, to jest do miasta Angouloeme. Polecenie to wydano bez porozumienia ze stroną polską. Co prawda, Angouloeme leżało bardziej na zachód niż Nevers, ale w dużej odległości od wybrzeża, a to nie ułatwiało przewidywanej ewakuacji morzem i zapowiadało nowe tarapaty transportowe. Mimo to zarządzenie wykonano bez wdawania się w dyskusję. Władze francuskie zorientowały się wszakże, że popełniły lapsus. Ledwie zdążono ulokować złoto w skarbcu miejscowego banku, nadeszła depesza nakazująca trzymanie go w wagonach do chwili otrzymania następnych instrukcji. Zrezygnowano z powrotnego załadunku wagonów i skrzynie ze złotem przez cztery dni leżały w bankowych piwnicach w Angouloeme.

Nowe instrukcje wydano 7 czerwca. Nakazywały one bezzwłoczne przerzucenie złota do portowego Lorient, by stamtąd mogło być wyekspediowane do USA. Wobec tego transport ruszył w jeszcze jedną długą podróż, by przejechać niemal przez połowę Francji. Na którejś z małych, prowincjonalnych stacyjek do pociągu dołączono 31 nowych wagonów. Znajdowało się w nich złoto Banku Belgijskiego. Wagonów ze złotem polskim było pięć. Był to chyba jedyny w dziejach kolejnictwa, od Stephensona poczynając, pociąg przewożący tak cenny ładunek. W rezultacie doczepienia wagonów ze skarbcem Belgii, do wagonów ze skarbcem Polski, dalsze losy złota obu krajów były później bardzo do siebie podobne, tak od strony tułaczych wędrówek, jak też ich sytuacji prawnej.

Gdy tylko transport znalazł się w Lorient, natychmiast okazało się, że admiralicja nie otrzymała jeszcze żadnych wytycznych i poradziła, by skrzynie, zawierające złoto Polski i Belgii zmagazynować na razie w arsenale marynarki. Radę przyjęto i oczekiwano dalszego rozwoju wypadków. Nad Francją coraz bezkarniej szalała Luftwaffe, zbombardowano sąsiedni port Saint Nazaire, dochodziły coraz gorsze wieści – 14 czerwca wojska francuskie wycofały się z Paryża, 16 czerwca premier Petain zaproponował Niemcom rozejm.

17 czerwca admiralicja nareszcie otrzymała instrukcje i zapasy złota zaczęto przenosić na pomocniczy okręt marynarki francuskiej „Victor Schoelcher”. Następnego dnia okręt wyszedł w morze i już na morzu miał otrzymać dalsze rozkazy co do marszruty. W drodze wyjątku pozwolono S. Michalskiemu znaleźć się ba okręcie i towarzyszyć złotu. Oczekiwał on wydania rozkazu, nakazującego okrętowi przyjęcie kursu na Wielką Brytanię. Ale zamiast takiego rozkazu, kapitan jednostki otrzymał rozkaz, udania się do Afryki, do Dakaru.

ZBIERACZ

 

SKARB W PUŁAPCE

Gdy złoto stanowiące skarb Banku Polskiego, po wielu perypetiach miało drogą morską być przewiezione z Francji do Anglii lub USA, a francuski statek odpłynął z portu Lorient i był już na pełnym morzu, jego kapitan otrzymał tajemniczy rozkaz radiowy, aby przyjąć kurs na Dakar w Afryce. Jedynym z Polaków na statku był S. Michalski. Sytuację ówczesną znamy z jego raportów. Oto ich krótkie streszczenie :

„17 czerwca 1940 r., gdy jeszcze nie był znany fakt podpisania przez Petaina zawieszenia broni, admiralicja w Lorient pozwoliła wreszcie, po kilkudniowym oczekiwaniu, ładować skrzynki z naszym złotem na statek, „Victor Schoelcher”. Była to jednostka przeznaczona pierwotnie do przewożenia bananów, jednak stosunkowo silnie uzbrojona. W czasie załadunku admirał powiadomił mnie, że ma rozkaz skierowania statku do Brestu, skąd uda się on w dalszą drogę. Proponował mi, abym pojechał samochodem do Brestu, jednak ze względu na sytuację zdecydowałem pozostać ze złotem. Poza tym miałem nadzieję, że uda mi się jeszcze w ostatniej chwili nawiązać telefoniczny kontakt z kierownictwem banku, co jednak, mimo moich zabiegów, okazało się niewykonalne. 18 czerwca „Victor Schoelcher” z wielkimi ostrożnościami wypłynął z zaminowanego portu. (…)

W nocy włączona nas do większego konwoju, który początkowo wziął kurs na zachód. Następnego dnia zauważyłem jednak, że nasz okręt odłączył się od konwoju i płynie w kierunku południowo-wschodnim. Kapitan wyjaśnił, że otrzymał radiowy rozkaz natychmiastowego udania się do portu Royan, na zachodnim wybrzeżu Francji. Nie taił przy tym, że był tym rozkazem zdumiony, gdyż wiedział, że port ten był silnie bombardowany. Dodał również, że sposób podania rozkazu odbiegał od przyjętego w marynarce francuskiej schematu. Wobec tych wątpliwości poprosił admiralicję o powtórzenie tajemniczego rozkazu, uprzedzając, że w razie braku potwierdzenia skieruje się do Casablanki. Potwierdzenie nie nadeszło, i zdaje się dzięki przezorności kapitana uniknęliśmy niemieckiej pułapki. Płynęliśmy sami, bez ochrony”.

W Casablance Michalski wystąpił o skierowanie polskiego złota do USA. Odpowiedziano mu, że „Victor Schoelcher” dołączy do poprzedniego konwoju i uda się z nim do Afryki, dodano przy tym, że na jednostkach konwoju znajduje się złoto Banku Francuskiego i Banku Belgijskiego. Po czterech dniach konwój dopłynął do Dakaru, największego wówczas portu francuskiego na zachodnim cyplu Afryki. W Dakarze Michalski nadał telegram do Londynu, zawiadamiając kierownictwo Banku Polskiego o miejscu swego pobytu. Po paru dniach zawiadomiono go, że złoto polskie, belgijskie i francuskie ma być przewiezione do odległego o 70 km od Dakaru miasteczka Thies, przy czym nie pozwolono Michalskiemu wyjechać wraz z transportem. Wkrótce i Thies uznano za nieodpowiednie miejsce do przechowywania tak znacznych ilości złota i przerzucono je do fortu Cayes, leżącego o 800 km od Dakaru, w głębi Sahary.

Strona polska podjęła pertraktacje z Vichy o wydanie złota. Odpowiedziano, że jest to możliwe w drodze zamiany złota polskiego na złoto francuskie, znajdujące się w Kanadzie, ale jednocześnie wysunięto bardzo niekorzystne dla strony polskiej warunki zamiany. Niebawem Vichy odstąpiło od swego stanowiska oświadczając, iż „jest zmuszone” zablokować złoto każdego państwa okupowanego przez Niemców. Oznaczało to koniec wszelkich pertraktacji. Jedyną pociechą była deklaracja gen. de Gaulle’a, w której zobowiązał się do bezzwłocznego zwrócenia złota Polakom w wypadku objęcia władzy w dominialnych terytoriach francuskich w Afryce przez „Wolną Francję”. Rząd angielski zobowiązał się – gdyby de Gaulle zawładnął Afryką – do przewiezienia złota do Kanady. Tymczasem jednak de Gaulle ponosił więcej militarnych porażek, niż osiągał sukcesów. Szukając wyjścia z impasu, podjęto starania o przekazanie Polakom francuskiego złota, złożonego w Kanadzie lub przynajmniej o zablokowanie go na rzecz Polski.

Anglicy nie byli skorzy do zadośćuczynienia polskiej propozycji. Zasłaniali się argumentem, że złoto francuskie było już zablokowane na ich rzecz, a ponadto uważali pertraktacje za niecelowe, bowiem złoto wszystkich aliantów winno ich zdaniem, złożyć się na jedną pulę dla wspólnego pokrycia kosztów wojny. Oficjalnie w sprawie tej wypowiedział się Churchill. W zaadresowanym do Sikorskiego memorandum czytamy między innymi :

„… Złoto to (polskie) znajduje się w tej chwili pod kontrolą rządu w Vichy i posiadanie prawa do tego złota nie zapewniłoby Rządowi Jego Królewskiej Mości żadnej bezpośredniej korzyści …

Złoto francuskie w Kanadzie jest pod nadzorem częściowo Banku Brytyjskiego a częściowo Banku Kanadyjskiego. O ile jest ono pod nadzorem Banku Brytyjskiego, może być przekazane pod kontrolę Rządu Jego Królewskiej Mości. Rząd Jego Królewskiej Mości, nie może uważać za uzasadnione skierowanie wniosku, aby zamienić złoto, znajdujące się pod jego kontrolą na złoto, które jest całkowicie poza jego kontrolą i sądzi, że przedłożona sugestia nie należy do tych, jakie mogą być w rozsądny sposób podtrzymywane… Rząd Jego Królewskiej Mości po jak najbardziej starannym i życzliwym rozpatrzeniu propozycji gen. Sikorskiego uznał z żalem, że nie może do niej się przychylić.”

Wynikało z tego, ze skarb polski lada dzień wpadnie w ręce niemieckie.

ZBIERACZ

 

PROCES W NOWYM JORKU

Podstępnie zagarnięty przez kolaborantów z Vichy skarbiec Banku Polskiego pozostawał w Afryce, a wszelkie próby ze strony polskiej, by Anglicy zablokowali złoto francuskie, znajdujące się w Kanadzie nie dawały wyników. Nawet interwencja gen. Władysława Sikorskiego u Churchilla nie wniosła niczego nowego do powstałej sytuacji.

Pozostawała ewentualność dochodzenia praw Banku Polskiego przeciw rządowi Vichy przed sądem amerykańskim lub kanadyjskim, ponieważ tam znajdowały się francuskie aktywa skarbowe w złocie i dolarach. Wystąpienie na drogę sądową mogłoby spowodować zabezpieczenie interesów Banku Polskiego na tych aktywach. Ale wniesienie sprawy do amerykańskiego sądu nasuwało mnóstwo problemów ściśle prawnych, wyłaniały się pytania, na które w Anglii nikt nie umiał odpowiedzieć, choćby z powodu niewystarczającej znajomości ustawodawstwa kanadyjskiego i stanu Nowy Jork, którego organy sądowe były właściwe do rozpoznania skargi z tytułu znajdowania się aktywów francuskich w Nowym Jorku. Na przykład – nie było wiadomo, kogo właściwie należało oskarżać. Bank Francuski, który polskim złotem władał, czy rząd francuski, który bez porozumienia z czynnikami polskimi skierował transport złota do Afryki zamiast do USA. Dla zorientowania się w zawiłościach prawnych, wydelegowano do USA dyrektora wydziału zagranicznego Banku Polskiego Z. Karpińskiego.

Po rozległych konsultacjach z prawnikami nowojorskimi Z. Karpiński zdecydował powierzyć prowadzenie sprawy znanej firmie adwokackiej „Sullivan and Cromwell”. Za jej wyborem przemawiało to, że nieco wcześniej podjęła się ona prowadzenia sprawy Banku Belgijskiego przeciw francuskim kolaborantom, którego złoto, w sposób identyczny jak polskie, zostało przejęte przez rząd Vichy. Firmie również było wygodnie prowadzić dwa identyczne procesy. Rozpoczęcie postępowania procesowego uniemożliwiał w świetle miejscowych przepisów brak uprawnień Banku Polskiego do wystąpienia z powództwem. Powództwo mogłoby być wniesione tylko wtedy, gdyby bank miał w Nowym Jorku swą siedzibę lub choćby jakąkolwiek agendę. Trzeba więc było szukać wybiegu, umożliwiającego obejście tej klauzuli. Wybiegiem takim mogło stać się utworzenie w Nowym Jorku spółki, na którą bank mógłby przelać swoje prawa lub scedowanie praw i pretensji na osoby lub osobę fizyczną; te z kolei wniosłyby skargę przesąd. Za jedną i drugą koncepcją kryło się nie lada ryzyko – chodziło przecież o mienie wartości 65 mln dolarów. Trzeba było jednak na coś się zdecydować, opowiedzieć się za którymś z dwu rozwiązań.

Przytoczmy odnośny fragment relacji Z. Karpińskiego z tamtych dni :

„Tego rodzaju przelanie uprawnień było bardzo ryzykowne : wprawdzie ryzyko nieuczciwości można było zredukować do minimum przez dobór odpowiednich osób, zasługujących na pełne zaufanie, powstawały jednak dalsze ryzyka, niezależnie od wyboru osób, jak np. zajęcie przyznanej sumy przez ewentualnych wierzycieli asygnariusza lub śmierć asygnariusza podczas prowadzenia procesu, w ostatnim bowiem wypadku mogły zajść nader poważne komplikacje w związku z uprawnieniami spadkobierców oraz ewentualnymi obciążeniami z tytułu podatku spadkowego …

Zakres osób, spośród których wybór mógłby nastąpić, był jeszcze ograniczony przez to, że – w myśl wymagań proceduralnych – musiały one być mieszkańcami stanu Nowy Jork …

Po mozolnych badaniach zatrzymaliśmy się ostatecznie na następujących nazwiskach : Zygmunta Stojowskiego, profesora konserwatorium muzycznego oraz Romana Majewskiego, dyrektora firmy „Steinway”, produkującej fortepiany o światowej sławie. Co do pierwszego wypowiedział się bardzo przychylnie Ignacy Paderewski, do którego premier Sikorski zwrócił się z prośbą o wyrażenie opinii. Pismo Paderewskiego w tej sprawie było prawdopodobnie ostatnim, jakie zdążył drżącą już ręką podpisać – w trzy dni potem umarł. Tak więc dziwnym zbiegiem okoliczności, władanie złotem Banku Polskiego znalazło się – formalnie i tymczasowo – w rękach muzyków : pianisty oraz fabrykanta fortepianów, a proces przed sądami amerykańskimi prowadzony był pod urzędową nazwą „Majewski and Stojowski v/s Banque de France”. Z góry należy tu zaznaczyć, że przez cały czas trwania procesu obaj ci powiernicy spełnili swe zadania ku pełnemu naszemu zadowoleniu – co pewien czas podpisywali przygotowane przez prawników dokumenty, nie zagłębiając się w analizę ich treści i wykazywali te zalety, których bank od nich oczekiwał, to jest milczenie i nie okazywanie nadmiernego zainteresowania przebiegiem procesu. Jako symboliczny wyraz wdzięczności banku za oddane mu usługi otrzymali – po zakończeniu całego trzyletniego przewodu sądowego – „część” – a raczej mikroskopijną cząstkę – uratowanego złota w postaci bitej w złocie monety 20-złotowej z wizerunkiem Chrobrego wydanej w 1924 r.”.

Skarga polska opiewała ściśle na kwotę 64.050.641 dolarów i 30 centów, co stanowiło dokładną równowartość złota uwięzionego na Saharze przez rząd Petaina. Sąd uznał skargę za uzasadnioną i nałożył areszt na zdeponowane w Nowym Jorku złoto francuskie wartości 728 milionów dolarów. Numer tej sprawy – 34164/41 – wkrótce znali na pamięć niemal wszyscy prawnicy amerykańscy, a firmą „Sullivan and Cromwell” nie tylko dobrze na niej zarobiła, lecz i podniosła swoją renomę w opinii potencjalnej klienteli.

Werdykt sądu nowojorskiego nie wpłynął jednak na los polskiego złota na Saharze – nadal było ono we władaniu Vichy, a z Afryki nadchodziły alarmujące wieści, że przewieziono je z Cayes jeszcze dalej; ale dokąd – nikt nie wiedział.

ZBIERACZ

 

FINAŁ ODYSEI

Pertraktacje wokół walorów Banku Polskiego, jak pamiętamy, długo nie przynosiły rezultatów.

Dopiero u schyłku 1943 roku, po ustabilizowaniu się nowych stosunków politycznych w Afryce i objęciu władzy przez alianckie czynniki francuskie zarysowała się możliwość odbioru złota z Sahary przez Bank Polski. Odbiór poprzedziły pełne wzajemnej nieufności rozmowy polsko-francuskie i uboczne kłopoty, wynikłe ze sporu. Do tego rodzaju kłopotów należało np. uwolnienie się od roszczeń szeryfa Nowego Jorku, który z tytułu swojej funkcji komorniczej dochodził kwoty 800 tys. dolarów, aż wreszcie przyznano mu wszystkiego 10 tysięcy.

Kiedy można już było przejąć złoto z pustyni, najpierw należało zapoznać się ze stanem, w jakim ono się znajduje. W tym celu jako pierwsi dotarli do Cayes były wicedyrektor banku w Warszawie, W. Styburski i polski konsul w Dakarze, J. Mańkowski. Po obejrzeniu złota, Styburski meldował do Londynu :

„Cayes położony w Sudanie, około 800 km na wschód od Dakaru, jest mieściną murzyńską, liczącą 30 tys. mieszkańców, w tym zaledwie stu białych urzędników administracji i wojskowych. Złoto nasze pomieszczono w murowanym budynku administracyjnym tuż przy dworcu kolejowym. Budynek jest otoczony zaporami z szyn kolejowych, połączonych drutami kolczastymi. Stan skrzynek zadowalający, tylko mały procent ma popękane taśmy, reszta jest zdatna do dalszej drogi, po wzmocnieniu ich nowymi taśmami.

Po Styburskim przybył do Dakaru S. Michalski i on przetransportował złoto z Cayes do tego miasta, gdzie umieszczono je w jednym z fortów pod francuską strażą wojskową, klucze zaś oddano w ręce pełnomocników Banku Polskiego. Po prawie czterech latach bank odzyskał swoje mienie, a skarga została z sądu nowojorskiego wycofana.

W Londynie uzgodniono, że złoto należy w mniej więcej równych ilościach, ulokować w Banku Brytyjskim, w Banku Federalnym w Nowym Jorku oraz w Banku Kanadyjskim w Ottawie. Admiralicja USA wyraziła gotowość przewiezienia złota pod warunkiem, że rząd londyński oficjalnie przejmie ryzyko przewożenia wyłącznie na siebie i że nikt nie zostanie przez admiralicję powiadomiony, co do terminu przewozu. Warunki zaakceptowano, a bagaż ubezpieczono, ale zaledwie na 6 mln. dolarów, ponieważ towarzystwa asekuracyjne uchylały się od wyższego ubezpieczenia.

W pierwszych dniach kwietnia 1944 r. całe złoto z Dakaru znalazło się w porcie nowojorskim, skąd 445 skrzyń odwieziono do Banku Federalnego. Część złota, przeznaczoną do zdeponowania w Anglii, dostarczono na miejsce drogą powietrzną i morską przez Gibraltar. I tu wszystkie skrzynki przybyły z nie naruszoną zawartością.

Poczynając od 6 lipca 1945 r., czyli od daty uznania przez Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone rządu Polski Ludowej rozpoczęły się konsultacje w sprawie przekazania złota do Warszawy. Konsultacje te stanowią ostatni rozdział w monografii Banku Polskiego.

Złoto wracało do kraju w różnych terminach, w zależności od tego, ile zawiłości musiano rozplątać wokół poszczególnych depozytów w poszczególnych krajach.

Jako ostatnia partia, w lipcu 1947 r. wróciły z Bukaresztu skrzynki, które w Dubnie, we wrześniu 1939 r. wydobyto z brzeskiego pociągu. Odyseja się skończyła.

ZBIERACZ

————————————————————————————————————–

Na sam koniec można dodać jedynie, że rząd polski w Londynie, jak i dawni pracownicy Banku Polskiego na uchodźctwie nie zrobili nic, aby utrudnić powrót polskiego złota do ojczyzny, rządzonej przez komunistów. Uznali bowiem, że złoto jest skarbem należącym do narodu polskiego i powinien być przekazany na odbudowę zniszczonego kraju.

To co ówczesna władza zrobiła z odzyskanym złotem, to już inna historia.

Niewielka część tego złota znajduje się w Londynie (Bank of England). Narodowy Bank Polski ma tam rachunek depozytowy, podobno również w skarbcu w Warszawie ocalało trochę.

Darek „tyfus”

Są to wycinki z gazety WTK Tygodnik Katolików, wydawanej w latach siedemdziesiątych. Seria owych artykułów numizmatycznych ukazywała się pod tytułem „Od denara do złotówki” a ich autor ukrywał się pod pseudonimem ZBIERACZ.
Niestety nie udało mi się ustalić kim był owy tajemniczy autor. Nawiązałem kontakt z Redakcją Naczelną Instytutu Wydawniczego PAX, gdzie otrzymałem zgodę na opublikowanie tych artykułów, za co gorąco dziękuję.
Tyfus

Cała historia artykułów z serii „Od denara do złotówki”