Agent R09, czyli moc wywoływacza

Fryzyjczyk Momme Andresen od trzynastego roku życia pasjonował się fotografią. Nie zarzucił swojego hobby nawet po ukończeniu studiów i napisaniu doktoratu. Fotografował także, gdy od 1887 roku był już zatrudniony w Aktiengesellschaft für Anilinfabrikation (AGFA AG) – dużych niemieckich zakładach produkujących najpierw jedynie anilinę, a później także farby. Dr Andresen, chemik zawodowo zajmujący się barwnikami, po godzinach szukał receptury wywoływacza, który by spełniał jego oczekiwania. Eksperymenty z formułami wywoływaczy zawierających hydrochinon, najpopularniejszą wówczas substancję wywołującą, wciąż jednak nie przynosiły oczekiwanych efektów. Postanowił zatem sięgnąć po inne odczynniki i w roku 1889 roku trafił na p-aminofenol, którego ponad pół wieku później będzie się używać do produkcji paracetamolu – środka przeciwbólowego i przeciwgorączkowego, obecnego w niemal każdej domowej apteczce.

Fotochemicznymi pracami Andresena zainteresował się wówczas jeden z członków zarządu firmy, również chemik z wykształcenia, dr Franz Oppenheim. Mimo silnego oporu pozostałych członków zarządu doprowadził do utworzenia w Berlinie oddziału fotochemicznego AGFY a na jego czele postawił dr Andresena. Dwa lata później, 27 stycznia 1891 roku, dr Andresen zgłosił do niemieckiego Cesarskiego Urzędu Patentowego wniosek zastrzegający prawa do nowatorskiego wywoływacza, któremu nadano później nazwę Rodinal. Patent na Niemcy został przyznany (numer 60174), a wkrótce wywoływacz opatentowano także w innych krajach (we Francji numer 211 243, w Wielkiej Brytanii numer 1736/1891, w Stanach Zjednoczonych numer 477,486).

Na czym polegała innowacyjność Rodinalu? Otóż, w odróżnieniu od pozostałych używanych wówczas wywoływaczy był dostarczany nabywcom w formie płynnego koncentratu. Przygotowanie z niego roztworu roboczego było prostsze i szybsze niż wywoływaczy dystrybuowanych w postaci krystalicznych proszków. Skład Rodinalu sprawia, że roztwór roboczy można przygotować w bardzo szerokim spektrum stężeń. Wywoływacz działa nawet wówczas, gdy w litrze wody rozcieńcza się zaledwie dwa mililitry koncentratu! Jego wydajność jest zatem bardzo wysoka. W dodatku charakterystyka wywoływacza sprawia, że używając Rodinalu fotograf zyskuje możliwości wpływania na efekt końcowy wywoływania. W zależności od stężenia Rodinal daje negatywy kontrastowe lub miękkie, zawsze jednak są one bardzo ostre i drobnoziarniste. Wraz z rozcieńczeniem wzrastają oczywiście czasy obróbki, maleje zaś ziarno i słabnie kontrast negatywu. Inną jego zaletą jest trwałość, niemal legendarna. W internecie pojawiają się w wpisy o skutecznym wywoływaniu filmów roztworem przygotowanym z koncentratu, którego data przydatności minęła przed dziesięciu, dwudziestu, a nawet trzydziestu laty! Oczywiście inaczej rzecz się ma z trwałością roztworu roboczego. Dobrze jest zużyć go w ciągu dwóch godzin od przygotowania.

Dr Franz Oppenheim na portrecie Maxa Liebermanna z 1920 r. [domena publiczna]
Franz Oppenheim dostrzegał w branży fotograficznej niszę, która mogła zapewnić jego firmie dalszy dynamiczny rozwój. Gdyby nie jego upór, być może fotochemiczna pasja Momme Andresena pozostałaby jedynie w sferze prywatnej działalności, a receptura Rodinalu używana byłaby tylko w jego osobistej ciemni. Oppenheim miał jednak biznesowego nosa i wkrótce AGFA stała się światowym potentatem wśród producentów materiałów fotograficznych.

Rodinal stał się wielkim sukcesem komercyjnym AGFY, a jego popularność nie słabła mimo upływu kolejnych dziesięcioleci. Nawet opracowanie receptur kolejnych wywoływaczy nie zmniejszało znacząco przychodów firmy ze sprzedaży flagowego produktu. Jego skład utrzymywano oczywiście w ścisłej tajemnicy. A została ona złamana dopiero w wyniku II wojny światowej i spenetrowania laboratoriów AGFY po zakończeniu walk, przez służby wywiadowcze aliantów. Ograniczony krąg osób dowiedział się wówczas, że pierwotny przepis Momme Andresena zalecał, by w 750 mililitrach wody destylowanej o temperaturze 125º F rozpuścić 50 gramów siarczanu sodu (bezwodnego), 25 gramów wodorotlenku sodu i 5 gramów chlorowodorku p-aminofenolu, a potem dolać wody do objętości 1 litra. Jednak do masowej produkcji Rodinalu rozpoczętej w 1893 r. używano innej formuły, która różniła się od pierwotnej m.in. zwiększoną dawką chlorowodorku p-aminofenolu. Kolejne zmiany receptury nastąpiły w latach 1897, 1915, 1924, 1941. Były one dyktowane chęcią ulepszania wywoływacza, ale też oszczędnościami (w czasie obu wojen) oraz potrzebą dostosowania składu do ewolucji materiałów negatywowych. Dawne negatywy miały bowiem grubszą warstwę emulsji światłoczułej i zawierały duży dodatek srebra, w nowszych warstwa emulsji była coraz cieńsza i srebra było w niej mniej.

Duńska i amerykańska reklama Rodinalu, obie z końca XIX wieku [domena publiczna]
Mimo wojen i innych zawieruch, które dotykały Europę w ciągu minionego stulecia, Rodinal produkowany od schyłku XX wieku JEST NADAL produkowany. Nic więc dziwnego, że trafił nawet do Księgi Rekordów Guinessa, jako najdłużej produkowany wywoływacz.

Po zakończeniu II wojny światowej zakłady AGFY w Wolfen znalazły się we wschodnich Niemczech (NRD) i wkrótce zostały znacjonalizowane, a potem włączone w skład państwowego koncernu ORWO. W jego ramach podzielono wyspecjalizowaną produkcję na kilka zakładów rozmieszczonych w rożnych regionach kraju. I tak na przykład papiery fotograficzne wytwarzano w górach Harcu, w miasteczku Wernigerode, błony roentgenowskie powstawały w Berlinie, fotograficzne filmy zwojowe w Wolfen, a chemikalia, w tym Rodinal, w Calbe. Aby jednak uniknąć procesów sądowych, zarząd wschodnioniemieckiej firmy zdecydował się na używanie w odniesieniu do produkowanego Rodinalu nazwy R09. Był to oczywiście tylko formalny wybieg, a sama „nazwa” była po prostu skrótem od „Rodinal formuła numer 09”. W porównaniu z oryginałem w składzie enerdowskiego produktu wprowadzono niewielkie, choć zdaje się, że znaczące modyfikacje.

Mimo takiej sytuacji AGFA nie zrezygnowała ze swojej działalności i wznowiła ją w Leverkusen na terenie RFN. Tam nadal wytwarzała produkty fotograficzne, m.in. Rodinal. Dopiero na początku XXI wieku produkcję Rodinalu przejęła firma ADOX, która odkupiła także prawa do nazwy wywoływacza. W związku z tym, że ochrona patentowa Rodinalu wygasła, wywoływacz, choć pod innymi nazwami, zaczęły wytwarzać również inne firmy, na przykład czeska FOMA, czy niemiecki TETENAL. W swojej działalności fotograficznej wypróbowałem chyba wszystkie klony Rodinalu, wciąż jednak jestem pod wrażeniem doświadczenia, które miałem całkiem niedawno. Była to fotograficzna przygoda z wywoływaczem R09.

Podczas wizyty w ruinach berlińskich Zakładów Fotochemicznych (VEB Fotochemische Werke Berlin Köpenick) znalazłem w jednej ze zdewastowanych sal laboratoryjnych dużą zakurzoną butlę z brązowego szkła, ze szlifowanym korkiem. Możecie ją zobaczyć w jednym z moich wcześniejszych wpisów „Znalezione w ruinach berlińskich Zakładów Fotochemicznych”. Po naklejce został tylko ślad na szkle, musiała odpaść dawno temu. Po wyjęciu korka poczułem znany mi, intensywny zapach. Czy to możliwe by to był wywoływacz R09? Nigdy nie widziałem tak dużej flaszki wywoływacza, w polskich sklepach trafiały się najwyżej litrowe.

Moje przypuszczenia graniczące z pewnością potwierdziły się po dokładniejszym przeszukaniu sali. Znalazłem naklejkę walającą się wśród potłuczonego szkła, gruzu, splątanych kabli. Leżała pod laboratoryjnym stołem. Kształtem i rozmiarem idealnie pasowała do śladu na butelce.

Naklejka z butelki wywoływacza znalezionej w ruinach VEB Fotochemische Werke Berlin Köpenick.
W firmowych publikacjach ORWO znalazłem informację, że do sprzedaży trafiały butelki z R09 o trzech pojemnościach: 0,25 litra, 0,5 litra, 1 litr. Zatem to, co znalazłem w Berlinie było najprawdopodobniej przeznaczone wyłącznie dla wewnętrznych potrzeb przedsiębiorstwa, lub dla kontrahentów. W internecie nie znalazłem choćby jednej wzmianki o tak dużych butlach. Ani śladu również na portalach aukcyjnych i kolekcjonerskich. Wygląda zatem, że trafiło mi się naprawdę unikatowe znalezisko.

Po powrocie do domu dokładniej przyjrzałem się zawartości znalezionej butelki. Była wypełniona płynem jedynie w około 1/5 objętości, a na jej dnie zalegała spora bryła skrystalizowanej substancji. Próba rozpuszczenia kryształów lub choćby ich rozbicia na mniejsze kawałki poprzez intensywne potrząsanie butelką spełzła na niczym – okazały się być bardzo twarde. Po przelaniu próbki płynu do przezroczystej menzurki okazał się być czarny. Widywałem już Rodinal i R09 o barwie jasnobrązowej, ciemnobrązowej, a nawet brunatnej, ale tak smoliście czarnego jeszcze nigdy. Pachniał jednak tak, jak zwykł pachnąć wywoływacz… Pomyślałem więc, że może warto by wypróbować jego działanie na naświetlonym filmie. Rok produkcji widoczny na naklejce – 1967 – nie zniechęcił mnie, choć moje dotychczasowe doświadczenia z przeterminowanymi wy wołaczami nie sięgały poza rok 1989. A skończyły się sukcesem jedynie w odniesieniu do… R09 właśnie. Jednak między rokiem 1989 a 1967 różnica jest spora. Ponadto tamta butelka była wypełniona wywoływaczem niemal pod korek, a płyn miał znikomy kontakt z powietrzem, więc mógł się nie utlenić. Tu zaś miałem pojemnik bardziej wypełniony powietrzem niż wywoływaczem… Cóż, stwierdziłem, że najwyżej zmarnuję trochę czasu, wody i jeden arkusz negatywu. Do roboty, przecież nie pozwolę legendarnemu wywoływaczowi pełnić w mojej ciemni funkcji historycznej relikwii!

Szybciutko rozstawiłem w pokoju Tachiharę (tę japońską wiśniową ślicznotkę, którą znacie z poprzedniego wpisu), a do jej kasety załadowałem arkusz filmu formatu 9×12 cm. Obiektyw skierowałem na drewnianego aniołka wiszącego na choinkowej gałązce i zwolniłem migawkę nastawioną na 8 sekund. Szybciutko przeniosłem arkusz do koreksu i zająłem się przygotowaniem wywoływacza. Byłem ciekaw, czy ten wiekowy wywoływacz zadziała jeszcze na kryształki srebra.

Pudełko błony arkuszowej Fotopan FL użytej do eksperymentu z R09.
Film wyprodukowały warszawskie zakłady Organika-Foton. Początkowo pudełeczko zawierało 25 arkuszy światłoczułych, lecz zostało mi ich już zaledwie pięć. Termin przydatności minął w styczniu 1990 roku.

Aby uzyskać roztwór roboczy, najpierw musiałem przefiltrować nieco koncentratu z butelki, tak by do wywoływacza nie dostały się żadne osady lub inne cząstki stałe mogące zaszkodzić negatywowi. Później rozcieńczyłem koncentrat rozpuszczając 10 jego mililitrów w litrze demineralizowanej wody o temperaturze 18º C.

Po sześciu kwadransach wyjąłem film z koreksu i oglądałem wywołany negatyw. Obraz był delikatnie poruszony, bowiem w trakcie naświetlania pod choinką przeszedł mój kot i widać wywołał jakiś lekki ruch powietrza, który spowodował drgnięcie aniołka. Negatyw był jednak dobrze wywołany! Starszy ode mnie wywoływacz, wyprodukowany pięćdziesiąt dwa lata temu, zadziałał tak dobrze, jakby wczoraj wyszedł z fabryki! Z niedowierzaniem długo wpatrywałem się na przemian to w negatyw, to w butelkę przywiezioną z Berlina. Byłem mocno poruszony…

Końcowy efekt eksperymentu z wywoływaczem ORWO R09 z roku 1967.
Naświetlanie: 8 sekund, przysłona f 8. Wstępne namaczanie w wodzie (18º C) – 5 minut woda; czas wywoływania 60 minut; agitacja (poruszanie koreksem) – pierwsza minuta ciągłe mieszanie, później na pół godziny koreks pozostawiony w bezruchu, w trzydziestej minucie wywoływania – sześć obrotów koreksem i
ponowne odstawienie koreksu; przerywanie – przez minutę w czystej wodzie; utrwalanie – 8 minut w Ilford Rapid Fixer; płukanie – 20 minut pod wodą bieżącą plus pięć kąpieli z wody demineralizowanej – każda po 1 minucie. Negatyw zeskanowano na Epson Perfection V700 Photo.

Dodaj komentarz

Uwaga! Komentarze nie są publikowane automatycznie! Twój komentarz będzie widoczny po zatwierdzeniu przez moderatora