Hilary Stykolt – kolekcjoner o wielu twarzach

Jaki wspólny mianownik łączyć może chemię, pastele Wyspiańskiego i designerskie krzesła w stylu new look? Są osoby, które życiorysem i osiągnięciami mogłyby obdarować kilka innych. Do jednych z nich należał niewątpliwie dr Hilary Stykolt.

Urodzony w 1894 roku w Łodzi Hilary Stykolt początkowo miał zostać chemikiem. A w zasadzie nim został – ukończył studia chemiczne w Paryżu. Po powrocie do kraju na drodze w karierze chemika stanął jednak ojciec ukochanej Hilarego – Henrietty, dla którego nie była to wcale aż taka znowu wielka kariera… Zasugerował, że o wiele chętniej oddałby rękę córki statecznemu prawnikowi niż chemikowi, który nie jest w stanie zagwarantować odpowiedniego poziomu życia.

I tak też się stało – Hilary podjął kolejne studia, uzyskał doktora praw, poślubił Henriettę, która pozostała jego miłością na całe życie i z którą mieli dwójkę dzieci. Dr Stykolt pracował najpierw jako doradca w prawie korporacyjnym i handlowym, ostatecznie został sędzią.

Stanisław Wyspiański, Widok z okna pracowni na Kopiec Kościuszki, z kolekcji Hilarego i Henrietty Stykoltów, fot. Muzeum Narodowe w Krakowie

Nas jednak oprócz historii szczęśliwej rodziny najbardziej interesuje pasja doktora Stykolta do sztuki. Obydwoje z żoną byli był erudytami, miłośnikami teatru, opery, baletu a przede wszystkim sztuk wizualnych. Przez okres dwudziestolecia międzywojennego udało im się zgromadzić sporą kolekcję dzieł malarzy polskich (szczególne miejsce miał w niej Wyspiański, lecz również Malczewski, Wyczółkowski, Lebenstein) i nie tylko (znalazł się tu i Picasso, Chagall, Kisling, Derain…) Mieli szczęście żyć w złotym okresie dla sztuki odkrywającej coraz to nowe”-izmy” i bynajmniej nie pozostającej w tyle za pędzącym na przód nowoczesnym światem a i stanowisko sędziego zapewniało w owym czasie należyty status majątkowy, aby móc sobie pozwolić na budowanie kolekcji (i tu wspomnijmy przezorną wróżbę zapobiegliwego teścia!)


Małżeństwu Stykoltów wraz z dziećmi udało się uciec z Polski tuż po 1 września 1939 roku. Przez Czechosłowację i Rumunię udali się o Francji, stamtąd z kolei do Portugalii i Brazylii, by ostatecznie w 1941 roku osiąść w Kanadzie. Tu już pozostali do końca życia, uzyskując kanadyjskie obywatelstwo.

W czasie wojny doktor praw kolejny raz, w odpowiedzi na potrzebę danej chwili, zmienił profesję. Podjął współpracę z grupą inżynierów, z wybitnym konstruktorem lotnictwa Wacławem Czerwińskim na czele. Założona przez nich firma CWAL (Canadian Wooden Aircraft Limited), która zajmowała się produkcją drewnianych części do… brytyjskich myśliwców. W czasie, gdy metale były często towarem deficytowym, opracowana przez samego Stykolta metoda formowania dykty okazała się zbawienna. W 1943 roku CWAL zatrudniała już ponad 400 pracowników, w dużej mierze polskich uchodźców.

Oprócz pracy w przemyśle Stykolt był również zaangażowany w pracę Polskiej Sekcji Kanadyjskiego Czerwonego Krzyża i innych organizacjach charytatywnych.

Co tymczasem działo się z cenną kolekcją? Czekała bezpieczna na lepsze czasy. Jeszcze przed ucieczką doktor Stykolt, przy wsparciu zaufanego przyjaciela, ukrył ją w kontenerze zakopanym w pewnym łódzkim ogrodzie. Profesjonalnie zabezpieczone obrazy przetrwały całą wojnę bez uszczerbku.

Stanisław Wyspiański, Portret doktora Raczyńskiego, z kolekcji Hilarego i Henrietty Stykoltów, fot. Wikipedia

Po wojnie udało się je wykopać i w 1947 wywieźć z kraju do Kanady. Na każdym z nich do dzisiaj znajduje się nalepka z pozwoleniem wydanym przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. Jak udało się je zdobyć i jak zorganizowała misja wywiezienia obrazów ze stalinowskiej Polski? Jak wyglądała ich droga do Kanady? To pozostaje do dziś tajemnicą i nic nie wskazuje, abyśmy mieli jeszcze kiedyś poznać szczegóły. Szkoda, bo zgadywać możemy, że byłaby to historia na scenariusz filmu akcji…


Hilary Stykolt spędził resztę życia w Kanadzie. Jego firma CWAL po wojnie zmieniła profil i tę samą technologię, jaką wykorzystywała przy produkcji elementów myśliwców wykorzystywała w produkcji… mebli. I tak dr Stykolt, prawdziwy człowiek renesansu, stał się też designerem. Wraz z wspomnianym wcześniej Wacławem Czerwińskim zaprojektował innowacyjna linię modernistycznych krzeseł z giętej dykty – tej samej, co w myśliwcach w czasie wojny – do dziś uważanych za perły designu i wystawiane w światowych muzeach wzornictwa.

Jeśli chodzi zaś o kolekcję sztuki, to w latach 2000 przypomniała nam ona o sobie dzięki wnuczkom Hilarego Stykolta, które jej część – w tym cenne „Portret dr Raczyńskiego” i „Portert trzech sióstr Bobrówien” Wyspiańskiego – wystawiły na aukcjach sztuki w Polsce. Dzieła trafiły zarówno do prywatnych kolekcjonerów, ale i m.in. do Muzeum Narodowego w Krakowie (pastel „Widok z okna pracowni” Wyspiańskiego).

Nie wiemy, ile jeszcze i jakich skarbów kryć może jeszcze kanadyjska prywatna kolekcja. Być może dane będzie poznać nam ja jeszcze lepiej, za każdym razem doceniając wysiłek włożony przez kolekcjonera zarówno w jej zgromadzenia, jak i przede wszystkim w późniejsze jej ocalenie. Abstrahując od interesów, zysków, prestiżu czy osobistej satysfakcji – temu wszak służy idea kolekcjonerstwa.

Podziel się tym artykułem!

Dodaj komentarz

Uwaga! Komentarze nie są publikowane automatycznie! Twój komentarz będzie widoczny po zatwierdzeniu przez moderatora