Wywiad z Kustoszem Muzeum Codzienności

Nasze sztandarowe pytanie zadawane nowym Kolegom i Kustoszom: skąd się wzięła ta pasja, dlaczego akurat te przedmioty, znalazło właśnie odpowiedź pełną obserwacji, jakich od dawna poszukiwaliśmy. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kustoszem pieczarkiem, opiekunem Muzeum Codzienności

Przyznaję bez bicia, że byłem bardzo zdziwiony, gdy przez szanowną Adminiscencję zostałem poproszony o kilka słów o sobie i swoich mało poważnych zbiorach. Zdumienie było spowodowane tym, że można tu obejrzeć rzeczy dużo piękniejsze, ciekawsze, bardziej urokliwe niż ta moja kiczowato-przaśna „dwusalowa” wystawa.

Kolekcjonuję od zawsze, przynajmniej odkąd pamiętam. Najpierw standardowo – znaczki pocztowe z całego świata. Kilka klaserów nadal stoi na półce. Dzisiaj to niewiele warta makulatura, kiedyś było to okno na cały świat. Równolegle gromadziłem etykiety zapałczane, które były do kupienia całymi seriami w kioskach Ruch-u. Były też obrazki z gum Donald, bo przecież „żułem w PRL-u”. Były muszelki, ale bez żadnych niedostępnych wówczas okazów z mórz południowych. Krajowe minerały zbierane na szkolnych wycieczkach. Garść guzików wyszperanych w babcinych kuferkach. Zawsze miałem świadomość, że rzeczy stare, starsze ode mnie – czyli na początku kolekcjonerskiej kariery starsze, niż 10 lat – trzeba chronić przed zniszczeniem.

Później na ładnych kilkanaście lat zaciekawiły mnie monety, zebrałem ich kilkaset – trochę srebrnych, kilkanaście złotych. Numizmatyczne emocje osiadły, gdy zdałem sobie sprawę, że jakiejś wyjątkowej kolekcji nigdy nie utworzę. Po prostu nie ta grubość portfela. I właśnie to bolesne zderzenie ekonomicznych realiów z pełną emocji duszą kolekcjonera, z mózgiem gotującym się na widok niektórych staroci, sprowadzało mnie z obłoków na ziemię. Takie zaniechanie niektórych kierunków mojego kolekcjonerstwa zdarzało się wielokrotnie.

Zbierałem przez kilka lat ołówki automatyczne – takie sprzed kilkudziesięciu a nawet ponad 150 lat. Srebrne, w oprawie z macicy perłowej, porcelany, szkła – zachwyciły mnie precyzją wykonania, oryginalnością rozwiązań technicznych. Podobały mi się bardzo i nadal podobają. Ale gdy zobaczyłem, że są w katalogach znanych domów aukcyjnych egzemplarze w cenach kilku tysięcy dolarów, funtów czy euro, to znowu osadziła mnie refleksja, że niczego wielkiego tu nie zdziałam. Kilka maczanych piór i ponad 40 ołówków trafiło do małych gablotek i cieszą oko moje, domowników i gości. Śmieję się, gdy ci ostatni widzą małe precjoza, a w żaden sposób nie mogą zgadnąć ich przeznaczenia.

Jak wiele osób zbieram pamiątki regionalne. Mam chyba 200 egzemplarzy przedwojennych przedmiotów z mojego miasteczka: wieszaki ze sklepów odzieżowych i zakładów krawieckich, dzwonki rowerowe z nazwiskami właścicieli miejscowych warsztatów, pamiątkowe odznaki, popielniczki, ponad 100 widokówek, zdjęcia, obrazy, a także liczące kilkaset lat mapy i cechowe dokumenty. Ale boksowanie się z miejscowym muzeum, choć czasami zwycięskie, było jednak bolesne finansowo. Dalej sobie zbieram te drobiazgi, ale tylko wówczas, gdy same pchają mi się w ręce. Zbierałem metalowe otwieracze polskich browarów. Mam ich ponad 200 sztuk. Ale gdy ceny doszły do szalonego poziomu po kilkaset złotych za ciekawszą sztukę, to w popłochu opuściłem to kolekcjonerskie poletko. Mam sporo takich różnej wielkości kolekcji, o których mogę powiedzieć, że mam, natomiast nie powiem z przekonaniem, że zbieram.

I tak dochodzimy do moich obecnych zainteresowań. Każdy z dzisiaj tworzonych zbiorów powstaje jako skutek ukłucia spowodowanego przez jeden konkretny przedmiot. Czasami przez refleksję, że skoro są namiętni kolekcjonerzy czegoś tam, to dlaczego nikt nie zbiera rzeczy nieco innych, ale przecież bardzo podobnych. Mimo, że moje dzisiejsze zbieranie to szwarc, mydło i powidło, to jednak są pewne cechy wspólne, które zdecydowały o dokonanym wyborze. Pomijam takie oczywiste sprawy, że obiekty w kolekcji muszą mi się podobać, bo to jednak sprawa trywialna.

Wiedziałem, że muszą to być rzeczy małe. Tu niedoścignionym dla mnie wzorem są plomby jakie zobaczyłem u kilku kolegów z Myvimu. Np. Rezlaw zgromadził 10 plomb z Łodzi i okolic. Niby tylko 10 sztuk, a ileż w nich informacji o zmiennych kolejach historii, o kulturowej różnorodności tego miasta. Kilka kolekcji rzeczy dosyć dużych i ciężkich (np. bezmiany, czyli najprostsze wagi) już mam i więcej nie chcę mieć. A plomby, proszę bardzo, zmieszczą się w pudełku od zapałek.

Kolekcjonowane drobiazgi mają być tanie. Naturalnie każdy ma swoje kryteria taniości, każdemu brakuje pieniędzy na fanaberie. Tylko, że jednemu brakuje na dwudziesty obraz za setki tysięcy, innemu kilka złotych na jakąś śmiesznostkę. Postanowiłem, że nie będę ładował w swoje pasje większych pieniędzy. Kilka, kilkanaście, wyjątkowo kilkadziesiąt złotych, to finansowe granice moich możliwości czy raczej odporności. Po prostu ostatnio jakoś słabo znoszę ból serca towarzyszący opróżnianiu kieszeni. Postanowiłem zostać kolekcjonerem-ascetą. Nie potrzebuję współzawodnictwa i rywali, bo to źle wpływa na rynek. Najlepiej, aby nikt nie zbierał tego co ja.

To, co gromadzę, ma być ciekawe dla zwykłego zjadacza chleba. Ma wywoływać uśmiech, ma przywoływać miłe wspomnienia, niekiedy zdziwienie, że takie rzeczy w ogóle istniały.

Drobiazgi mają być ładne lub mają się dać ładnie albo dowcipnie wyeksponować. A to jakaś zgrabna gablotka, tablica, witryna. Część moich zbiorów prezentuję w powieszonych na ścianie starych, drewnianych skrzynkach po piwie. Są równie atrakcyjne i praktyczne, jak kaszty drukarskie. Wymiękłem, gdy zobaczyłem zbiór szklanych pieczęci zgromadzonych przez antiqua_glass. Oczami wyobraźni widzę je na ścianie, na jakiejś tablicy, a każda z tych pieczęci podświetlana jest od dołu punktowo diodą. Na dworze zmrok, na ścianie taki szklany gwiazdozbiór, przed którym sobie siedzę z winem. Nigdy nie będę miał takiej kolekcji, nigdy nie zobaczę w pokoju takiego firmamentu. Ale przecież pomarzyć można.

Powstały zbiór nie może być zbyt duży. Po prostu nad tym nie panuję. Mam coś koło 2 tysięcy porcelanek tj. ceramicznych zamknięć z dawnych butelek po piwie. Pięćset różnych wzorów wygrzebałem na przybrowarnianym śmietniku w moim mieście. Pozostałe dostałem za darmo od kolegów w czasach, gdy kilogram kosztował 2-5 złotych, a sztuka 10 groszy. I nie panowałem nad tym zbiorem. Nie wiedziałem, co mam. Gdy na giełdach oglądałem wystawione na sprzedaż porcelanki nie byłem w stanie określić, czy akurat te już u siebie widziałem. Znam zbieracza z Bremy, który ma przyklejone na ścianach swojego domu ponad 130 tysięcy kapsli. I twierdzi, że nie potrzebuje komputera, wszystko ma w głowie. Ja nie należę do takich mózgowców. Na razie nie widzę też potrzeby katalogowania zbioru. Myślę, że się kiedyś przyłożę i funkcje te będzie spełniało po wieczne czasy Myvimu. Moje porcelanki wiszą sobie oprawione w ramy na ścianach korytarza, ale drugi raz nie wejdę w takie maliny.

Nie mam oczywiście nic przeciwko zbiorom dużym, wręcz ogromnym – czapki z głów przed ich twórcami. Podoba mi się to, co potrafią oni ze swoich np. pocztówek „wycisnąć”. Z dużą przyjemnością przeczytałem artykuł Tomatora „Kolekcjonerstwo porównawcze”. Ale jakoś tak dziwnie się składa, że w tych wielgachnych kolekcjach moją uwagę zwracają nieznane mi drobiazgi. U wspomnianego Tomatora wśród licznych i ciekawych pocztówek moją uwagę przykuwa kilkadziesiąt polskich hotelowych nalepek na walizki. Czy jakieś nasze muzeum, potrzebujące zwykle milionów na swoją egzystencję, może się czymś takim pochwalić? Czy jakieś inne muzeum ma choćby kilka dawnych „tablic rejestracyjnych” do końskich zaprzęgów, jakie ma u siebie Witoldo125? A pojedynczy zeszyt z wklejanymi w latach 60. zdjęciami aktorek (w pięknych zbiorach Yuppie), to dla mnie prawdziwy cymes. W bogatym zbiorze dawnych gramofonów moją uwagę przyciągają – kolorowe jak motyle – puszeczki po igłach gramofonowych. Taki ze mnie dziwak.

Jako szczawik z rozdziawioną buzią podziwiałem w Malborku dwa razy większe od siebie miecze. W Dreźnie zaparło mi dech, gdy zobaczyłem złocone zbroje, intarsjowane kusze czy pistolety. Dziś takie rzeczy, którymi próbują nas przyciągnąć najbogatsze muzea, w ogóle mnie nie ruszają, są mi zupełnie obojętne. O wiele bardziej wolę drobiazgi dokumentujące prozę codzienności sprzed kilkuset czy nawet kilkudziesięciu lat. Bo to było prawdziwe życie, a nie bitwy, bale i pałacowe komnaty ze swoimi rzeźbami i fontannami.

Gdy już wiemy jakie są kryteria moich zainteresowań, można wymienić co zbieram. Gdyby ktoś spotkał moją żonę i dowiedział się, że zbieram absolutnie wszystko, to proszę podejść sceptycznie do tego stwierdzenia. Proszę też nie mylić tego co mam, czyli historycznych zaszłości, z tym co faktycznie zbieram.

Obecnie zbieram, ale bez żadnej zapiekłości:

– bakelitowe i plastikowe puszeczki po paście do butów (37 sztuk + dublety),

– lusterka z okresu PRL (ponad 50 + dublety),

– kieliszki po polskich alkoholach (prawie 100),

– zakrętki z soków typu Kubuś (ponad 250 sztuk),

– kalendarzyki listkowe z mojego miasteczka (300 sztuk),

– monety, których jakoby nie zbieram – tylko te z dziurką, kanciaste, falbaniaste, o nominale mniejszym niż lokalny 1 grosz (nie wiem ile, wrzucone luzem do pudełka),

– pamiątki miejscowej historii (wszystkiego ze 200 sztuk).

Mam natomiast – ale raczej zupełnie nie zabiegam o powiększenie – zbiory :

– jakieś 2000 porcelanek,

– kilkaset monet,

– kilka klaserów znaczków pocztowych,

– jakieś 50 bezmianów,

– ozdobne pedały z maszyn do szycia (wiszą sobie na ścianie w piwnicy),

– grubo ponad 2 tysiące nic mnie dzisiaj nie obchodzących kalendarzyków listkowych z całej Polski,

– kilkadziesiąt PRL-owskich odznaczeń typu „zasłużony dla …”,

– maleńki zbiór łupkowych tabliczek, używanych sto lat temu zamiast zeszytów czy karteczek post-it (więcej tutaj http://www.forumopiorach.net/viewtopic.php?f=41&t=881 )

– nieco uroczych tabliczek znamionowych dawnych producentów,

– troszkę monideł,

– stare ołówki automatyczne ( http://www.forumopiorach.net/viewtopic.php?f=14&t=1104 ),

– metalowe otwieracze z polskich browarów (ponad 200) i nieco innych birofiliów,

– jak bym się zastanowił, to pewnie sporo innych rzeczy o groszowej wartości handlowej lub zupełnie bez wartości, jak choćby patyczki od lodów.

Sami widzicie, że nie ma tu niczego materialnie cennego, co by mogło wywołać czyjąś zazdrość. Kalendarzyki zabieram z punktów handlowych, biur, warsztatów. Zakrętki z soczków pojawiają się okazyjnie po wizycie w sklepie. Kieliszki dostaję od znajomych, czasami i najchętniej razem z alkoholem. Lusterka i puszeczki dostaję lub kupuję za śmieszne pieniądze. Zdarzyło mi się wejść w posiadanie 8 lusterek za łączną sumę 1 zł.

Od jakiego przedmiotu zaczęła się kolekcja?

Skupmy się na razie na zbiorach, które obecnie prezentuję w MyViMu. Na inne – na ich przedstawienie i dłuższy opis – przyjdzie może czas w przyszłości. Oczywiście, jeśli będą kogokolwiek ciekawiły, bo to raczej nie jest oczywista sprawa.

Kolekcja puszek po paście zaczęła się od grzebania w walizce z pamiątkami po babci. Była tam bardzo popularna pasta BUWI – na allegro co rusz ktoś to oferuje i nie znajduje kupca. Ale pamiętałem, że były i inne firmy. Zacząłem więc poszukiwania, po dwóch latach zbiór się rozrósł do niewyobrażalnej wcześniej liczby 8 sztuk. Potem pojawił się internet, allegro – co roku przybywają 2-3 nowe lub tylko odmiany posiadanych wzorów. I bardzo dobrze, że tak mało. Nie mam żadnego parcia na wielkość kolekcji. Kiedyś, pewnie ćwierć wieku temu, czytałem artykuł o pewnym zbieraczu i specjaliście od rzeczy, które były przez stulecia w każdym domu, w każdej wiejskiej zagrodzie. Kolekcja liczyła wówczas sztuk 1, a może 2. Ta druga była być może tym, czego kolekcjoner poszukiwał, pewności nie było żadnej. A przedmiotem pasji były krzesiwa, które wybyły w kosmos wraz z pojawieniem się zapałek. Wniosek – kolekcja nie musi być liczebnie wielka, aby była znana, historycznie cenna.

Z puszką po babci, która zapoczątkowała zbiór, wiąże się nieco zabawna historia. Wygląda na to, że ta religijna osoba jeszcze z zaświatów walczyła o to, aby nikt nie zajrzał co jest w środku. Długo bowiem nie mogłem jej otworzyć. A ciekawość zżerała, bo coś wewnątrz stukało. Diamenty? Zasuszona pasta? Może zapomniane guziki lub naparstek? Gdy po latach udało się ją w końcu odkręcić mało nie spadłem z krzesła. Otóż babcia, osoba święta i bezcielesna, ukrywała tam mniejsze firmowe pudełeczko. Były w nim… prezerwatywy.

Lusterka miał kiedyś każdy. Dosłownie każdy. Nad kobietami nie będziemy prowadzili rozważań, bo sprawa jest oczywista. Starsi panowie mieli takowe, bo musieli trzymać w miarę uporządkowane zaczeski na ukrywaną łysinę. Młodzieńcy, też chcieli być przygotowani do spotkań z dziewczynami. A chłopcy z podstawówki namiętnie puszczali słoneczne „zajączki”. Nie było internetu, ale przecież czymś trzeba się było bawić. Gdy wyszperałem w jakiejś szufladzie jedno takie lusterko, to odżyły wspomnienia. Pojawiła się chęć powtórnego zobaczenia tych wszystkich Belmondów, Szarików, Bardotek, landszafcików. Bogactwo tematyczne na odwrotnych stronach lusterek zdumiało mnie szczerze. Niby wszędzie było ich pełno, byłem z nimi otrzaskany, a jednak byłem zaskoczony ile różnych osób i rzeczy można na nich zobaczyć. Często nawet nie miałem pojęcia, że ktoś z lusterka był popularny pół wieku temu. No bo przecież na lusterka trafiały tylko osoby popularne. Lub panie z atrakcyjnym biustem.

Żałuję, że troszkę za późno zacząłem tworzyć moje obecne zbiory. Zawsze jest za późno. Mam świadomość, że umknęło mi kilka ciekawych okazów. Na przykład reklamowe lusterka Totalizatora Sportowego, lusterka z godłem państwowym wyprodukowane przez lub dla jednostki wojskowej na Górnym Śląsku. Ale to jest żal jaki dotyka każdego, komu uciekły jakieś okazyjne perełki. Z tym, że u mnie nie jest to szczególnie bolesne, nie ma we mnie jakiejś zawziętości, żalu skręcającego trzewia. Wynika to ze spokojnej pewności, że czegokolwiek bym nie zbierał, jak bym się finansowo nie przykładał, to wszystkiego i tak nie skompletuję. Bogactwo lusterek jest jednak tak duże, że mam się z czego cieszyć, na czym zawiesić oko. Puszeczek po paście raczej już nikt nie uzbiera w podobnej ilości i rozmaitości, zbiór wystarczająco reprezentatywnie wyczerpuje temat. Jak więc tu się poważnie martwić, że brakuje mi okazu z wrocławskiej fabryczki TEKA?

Nie mam swoich ulubionych lub najcenniejszych eksponatów. Trudno zresztą mówić o ich wartości innej niż poznawcza. Jedne trochę bardziej cieszą oko kolorem, tematem czy ornamentem, ale wszystkie zyskują w swojej masie. Dopiero widząc kilkanaście lub kilkadziesiąt lusterek w jednym miejscu można docenić każde z nich, poczuć klimat dawnych lat. A nudne, czarne, brązowe lub szarobure puszeczki oglądane oddzielnie, to żadna atrakcja. Ale razem dają szerszy obraz pewnego niewielkiego wycinka dawnego życia.

Nie mam żadnych emocjonalnych problemów z publicznym udostępnianiem moich drobiazgów. Także tych, których już aktywnie nie zbieram, a które mają jakąś tam wartość rynkową – starych map, dokumentów, grafik, obrazów. Wszelkie podpisy na zdjęciach w Myvimu wygasiłem do zera. Jak ktoś chce, niech sobie swobodnie kopiuje i wykorzystuje, nawet źródła nie musi podawać. Nie miałbym też obiekcji przed z udostępnieniem eksponatów na wystawę. Ale jakie muzeum zechce prezentować śmieci i rupiecie? Są one przecież powołane do celów znacznie wyższych niż głupie lusterka, które ich pracownicy zapewne też mieli w swoich torebkach czy kieszeniach. Rozważań o publicznej prezentacji w jakimś muzeum należy słuchać z przymkniętym okiem i cierpkim uśmiechem.

Przyznam jednak, że nadziwić się nie mogę wielu lokalnym muzeom. Troszkę boli, że nie organizują corocznych okresowych prezentacji zbiorów miejscowych kolekcjonerów. Na przykładzie swojego miasteczka wiem, że są tu olśniewające rzeczy. Ktoś ma dwieście wspaniałych, idealnie zachowanych aparatów fotograficznych. Ktoś inny stuletnie wieczne pióra. Jeszcze ktoś ceramikę ze staropolskich manufaktur. Oprócz paru osób nikt o tym nie wie. Szkoda, że na kilka miesięcy w roku nie można przeznaczyć jednej salki na pokazanie osiągnięć miejscowych zbieraczy.

Kustosz Muzeum użytkownika pieczarek

Podziel się tym artykułem!