Znalezione w ruinach berlińskich Zakładów Fotochemicznych

[Ten artykuł jest kontynuacją artykułu Z wizytą na Friedrichshagener Strasse 9: https://myvimu.com/blog/z-wizyta-na-friedrichshagener-strasse-9/]

VEB Fotochemische Werke Berlin Köpenick – odwiedzenie tego miejsca z pewnością jest ekscytujące dla każdego pasjonata fotografii. Dla mnie było. Wystarczyło wysiąść z pociągu na berlińskim Ostbahnhof, a potem przejechać kolejką linii S3 pięć stacji, do Berlin Köpenick. Na koniec jeszcze czterokilometrowy spacerek Bahnhofstrasse i Friedrichshagener Strasse. Oczywiście, jeśli się nie lubi pieszych wędrówek po zagranicznych miastach, można skorzystać z komunikacji miejskiej i przy dworcu Köpenick wsiąść do autobusu numer 269. Ale czy to warto na zaledwie trzy przystanki?

We wnętrzach ładnych budynków z czerwonej cegły nie znalazłem już śladów ich fotochemicznej przeszłości. No cóż, trochę lat już upłynęło odkąd firma przestała w tym miejscu funkcjonować. Po upadku NRD socjalistyczne przedsiębiorstwo zostało w 1990 roku przekształcone w spółkę akcyjną. I choć przetrwało tę transformację, to przynosiło coraz mniejsze dochody. Wkrótce o swoich roszczeniach do zakładów przypomniał Eastman Kodak. Amerykanom w 1992 roku udało się odzyskać swoją własność, lecz działalność gospodarczą w Berlinie niedługo potem zarzucili. Budynki niszczały latami, aż wreszcie zostały sprzedane w kwietniu 2010 r. firmie deweloperskiej Estavis. I tak zakończyła się fotograficzna przeszłość kompleksu przy Friedrihshagener Strasse 9.

Wszystkie przedwojenne zabudowania fabryczne zostały zamienione w ostatnich latach w luksusowe mieszkania i siedziby firm. Nadal jednak można podziwiać bryły i detale architektoniczne tych gmachów zaprojektowanych w latach dwudziestych minionego wieku przez znanych architektów – Heinza Müllera-Erkelenza (1878–1945) i Ferdinanda Flakowskiego (1879–1969). Ze względu na ich zabytkowy charakter, deweloper dostosowując budynki do celów mieszkalnych i usługowych musiał zadbać o zachowanie wielu cech i elementów zabudowy. Jeśli komuś zamarzy się spędzenie nocy w historycznych murach zakładów Glanzfilm, Kodaka i ORWO, może wynająć pokój w budynku dawnych magazynów fabrycznych przy ulicy Am Filmlager. Ja jednak chciałem odszukać cokolwiek, co byłoby jeszcze bardziej związane z produkcją. Musiałem więc skierować wzrok ku budynkom bardziej współczesnym, którymi nie zainteresował się ani deweloper, ani konserwator zabytków.

Pierwszy, ten stojący bliżej ulicy, jest wielkopłytowy i dziewięciokondygnacyjny. Drugi zaś liczy cztery kondygnacje i kryje się w cieniu większego kuzyna. Mimo postępującej dewastacji wciąż wyglądały intrygująco, a może właśnie dzięki niej budziły zainteresowanie. Gdyby były nowe lub odremontowane, można by je wziąć za najzwyklejsze, a co najwyżej lekko archaiczne, bloki mieszkalne albo biurowce. Powybijane szyby oraz osmalone, tu i ówdzie ściany, przyciągały uwagę. A do tego jeszcze prowizoryczne ogrodzenie, na którym powieszono tabliczkę z napisem: EINTRITT VERBOTEN!

Jasne, jasne – wstęp wzbroniony, tylko czemu w tym drucianym płocie tyle dziur, a za nimi tyle wydeptanych ścieżek wiodących wprost do budynków?! Najwyraźniej miejscowa ludność nie przejmuje się zakazami, nie czyta napisów na tabliczkach albo ich nie rozumie. Wziąłem więc z niej przykład i podążyłem za śladami, oglądając się od czasu do czasu za siebie, aby się upewnić, że nie ścigają mnie jacyś mundurowi. Po drodze wyjmowałem już z plecaka latarkę i oba aparaty fotograficzne.

 

Fragment dawnego kompleksu Fotochemische Werke przy Friedrichshagener Strasse 9, który można zobaczyć dzięki usłudze Google Maps. Czerwonymi strzałkami znaczyłem budynki będące tematem wpisu. Obraz za: https://www.google.com/maps/@52.4520524,13.5830315,163a,35y,131.4h,48.27t/data=!3m1!1e3

 

Wszystkim, którzy planują podobne wycieczki do opuszczonych miejsc, sugeruję, by nie wybierać się tam samotnie, a koniecznie zabrać ze sobą osoby towarzyszące. Tak będzie bezpieczniej, no i z pewnością też raźniej. Latarki są niezbędnym elementem wyposażenia podczas takiej wyprawy. Najlepsze są solidne lampki czołowe, bowiem używając ich człowiek ma wolne ręce i może się w razie potrzeby czegoś przytrzymać, lub fotografować bez przeszkód. Niezależnie od pogody, warto mieć buty na grubych podeszwach, która zabezpieczą stopy przez zranieniem podczas chodzenia po na przykład potłuczonym szkle. Nie będzie przesadną ostrożnością, gdy w plecaku znajdzie się plaster, jałowy opatrunek, rolka bandaża elastycznego. Wiele przecież nie ważą. Warto też pamiętać o naładowaniu akumulatora telefonu komórkowego, bynajmniej nie po to by zrobić selfie, ale tak… na wszelki wypadek. Do tego zapas kart pamięci do aparatu (albo parę rolek filmów), baterii/akumulatorów. No i może jeszcze statyw, bo choć matryce współczesnych aparatów cyfrowych pozwalają na fotografowanie w ciemnych wnętrzach (wystarczy ustawić wysoką czułość), to czasem lepiej jest zrobić zdjęcie przy niższym ISO. Trzeba będzie wówczas przedłużyć czas naświetlania i w takiej sytuacji statyw będzie jak znalazł.

 

Nim zniknąłem we wnętrzach uwieczniłem jeszcze nowiutką latarnię uliczną w formie kasetki fotograficznej z wystającą imitacją małoobrazkowego filmu perforowanego. Oczywiście jest ona widoczna na tle budynku, do którego za chwilę wszedłem. Moim  zdaniem projektant tego elementu oświetlenia powinien dostać jakąś nagrodę za doskonale dostosowanie designu do historii miejsca.

 

Wejście i okna parterowe wyższego z budynków zamurowano bloczkami gazobetonowymi. Nie stały się one jednak przeszkodą dla chcących dostać się do wnętrza. Wyrwali przemocą kilka elementów przeszkody i utworzyli spory otwór umożliwiający wśliźnięcie się do środka. Kiedy się tam dostaję, widzę, że miejsce odwiedzali nie tylko fani fotografii, złomiarze i wandale. Byli tu również artyści!

 

Powierzchnie wielu ścian i urządzeń przemysłowych zdobią naprawdę dobre malowidła. Pierwsze z nich było tak realistyczne, że aż zamarłem w przekonaniu, że naprzeciw mnie stoi żywy człowiek w jakimś dziwnym kombinezonie. Poczułem się prawie jak na planie postapokaliptycznej gry Quake.

Z każdym krokiem moim oczom ukazywały się kolejne długie i ciemne korytarze, hale produkcyjne, magazyny, laboratoria, kilometry rurociągów, dziesiątki metalowych kotłów, rdzewiejące zawory, potłuczone manometry, tabliczki znamionowe maszyn, wypatroszone urządzenia i meble.

 

Na pierwszym piętrze trafiłem na grupkę młodzieży, która urządziła sobie imprezę z alkoholem i rapem puszczanym głośno ze smartfonu. Palili jointy i połamanymi szafkami podsycali niewielkie ognisko. Bardziej niż trawkę czuć było w powietrzu woń palonego lakierowanego drewna, sklejki i płyty pilśniowej. Na samej górze budynku sypialnię urządziła sobie para bezdomnych. Po drodze zaś trafiłem na kilkoro młodych fotografów, na oko dwudziestolatków. Ci, widząc siwiejącego brodacza obwieszonego archaicznym sprzętem, uśmiechnęli się szczerze i zagadnęli o moje Nikony. Moim kulawym niemieckim pogawędziłem z nimi kwadrans i rozeszliśmy się w swoje strony.

 

Ślady fascynującej przeszłości mieszały się ze smutnymi obrazami teraźniejszości. Świadectwa postępującej degradacji i niszczycielskiej działalności ludzi. Z niektórymi z nich przyszło mi się nawet spotkać.

 

W niższym z budynków rozmieszczono głównie biura, laboratoria a także klasy. Najwyraźniej w zakładach praktykowali uczniowie berlińskich szkół zawodowych. Nie udało mi się nigdzie znaleźć informacji, ale całkiem możliwe, że przy Fotochemische Werke funkcjonowała ich własna szkoła przygotowująca personel fabryki. W kilku pomieszczeniach zastałem stanowiska laboratoryjne, słoje z odczynnikami oraz naczynia do prowadzenia doświadczeń chemicznych.

 

Wiele ze sprzętów i naczyń pozostawionych w ruinach berlińskiej fabryki wciąż nadaje się do użycia. Niektóre wystarczy umyć, odkurzyć lub nieco wyreperować i można by je wstawiać do laboratorium.
W jednej z klas trafiłem na pozostałość charakterystyczną dla tak zwanych krajów demokracji ludowej – gazetkę ścienną niegdyś wyjaśniającą uczniom czym jest demokracja. Szkoda, że prócz szczątków propagandowego hasła nie zachował się dalszy ciąg zawartości.

 

Na zwiedzaniu zrujnowanego kompleksu spędziłem cały dzień. Przyjechałem krótko po świcie a opuszczałem go na pół godziny przed zmierzchem. I nie mam wrażenia, bym spenetrował go jakoś szczególnie dokładnie. Może przez to, że sporą część czasu zajęło mi niespieszne fotografowanie. Jeśli budynki za jakiś czas będą jeszcze stały, a ja trafię w jakimś celu do Berlina, to z chęcią spędzę w tych ruinach jeszcze jeden dzień. Obawiam się jednak, że ich miesiące są policzone – mieszkańcy luksusowych loftów leżących tuż obok nie zniosą długo widoku industrialnych szczątków. Mogą im też przeszkadzać ciągłe wizyty ludzi, mówiąc eufemistycznie, spoza śmietanki towarzyskiej. Nie można też pomijać faktu, że budynki stwarzają zagrożenie dla wścibskich dzieciaków, a takich zapewne w okolicy nie brakuje.

Kiedy pokazywałem znajomym fotografie z berlińskiej eskapady pytali, czy prócz obrazków i wspomnień przywiozłem jakieś bardziej namacalne pamiątki. Owszem przywiozłem. Moje domowe muzeum fotograficzne wzbogaciło się o pół plecaka porzuconych, niszczejących klamotów. Parę z nich po odczyszczeniu prezentuje się całkiem pięknie i można ich używać. Inne pozostawiłem pokryte patyną historii. Zapewne niektóre staną się pretekstem do zamieszczanych tu notatek.

Krzysztof Eszet

Pierwsze pamiątki, jakie wsunąłem do kieszeni w zrujnowanej fabryce, to kilka zardzewiałych kluczyków. W budynku walały się ich dziesiątki, jeśli nie setki – wszystkich kształtów i rozmiarów, jakie możecie sobie wymyślić.
W szufladzie jednej z dziesiątków szaf i szafeczek znalazłem puszkę po niskoczułym czarno-białym filmie kinematograficznym, wyprodukowanym przez zakłady ORWO. Żal tylko, że w puszce nie było zawartości.
Z kurzu i zdeptanego szkła potrzaskanych rurek kapilarowych podniosłem emaliowaną przypinkę firmową ORWO FILM. Po wypucowaniu lśni pięknie i przypinam ją sobie czasem do klapy marynarki. Oczywiście tylko wtedy, gdy fotografuję na negatywach wspomnianej wyżej marki.
Moje ulubione znalezisko – dwuipółlitrowa butla z brązowego szkła zawierająca brunatny płyn i jakieś skrystalizowane osady. Flaszkę odkorkowałem, by organoleptycznie, na węch, zidentyfikować substancję. Aromat wydał mi się dziwnie znajomy. Upewniłem się o poprawności moich przypuszczeń, gdy po krótkim poszukiwaniu udało mi się znaleźć na podłodze naklejkę pasującą do śladów na szkle. Okazało się, że jest to koncentrat wywoływacza ORWO R 09. Data nadrukowana na papierze głosiła, że termin przydatności do użycia minął w roku… 1967.
W kącie jednego z korytarzy niższego budynku znalazłem stertę paczek z papierem firmowym. Niektóre z nich były już mocno przemoczone i papier rozpadał się w rękach. Na szczęście znalazły się też suche. Do plecaka wrzuciłem dwa pakunki, jeden formatu A4, a drugi A5. Są lekko pożółkłe, ale od święta wykorzystuję pojedyncze kartki na pisanie listów do przyjaciół.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.